2017-12-22
2018-01-04

Katarzyna Guzior

Na takie panie mówiono po prostu babki

Cykl rozmów z mieszkańcami Podlasia na temat wizyt u szeptuch, przeprowadzony latem 2015 roku.

 

Pani Magda, Białystok, 12 sierpnia 2015

Katarzyna Guzior: Którą z szeptuch pani odwiedziła?

Pani Magda: Babkę z Orli.

Guzior: Jaki był powód wizyty?

Pani Magda: Postanowiłam wybrać się do szeptuchy, bo miałam problemy z tarczycą. Wyjechałam z samego rana, bo słyszałam, że są tam duże kolejki. Na miejscu byłam około godziny 9:00 i rzeczywiście było sporo ludzi. Szeptucha przyjmuje najpierw osoby starsze i dzieci, akurat trafiłam na dzień, w którym było ich bardzo dużo. Przede mną w kolejce było około dwudziestu osób i pomyślałam, że będę czekać do godziny 15:00. Po czterdziestu minutach babka wyszła na ganek i zaczęła zapraszać wytypowane osoby. Stałam w jednym rogu [sieni], moja siostra w drugim. Szeptucha się rozejrzała i wskazała na mnie. Odpowiedziałam jej, że jestem dopiero dwudziesta któraś w kolejce i ktoś inny powinien teraz wejść. Nie słuchała, tylko kazała mi wejść. Wytłumaczyłam, co mi dolega, a w odpowiedzi usłyszałam, że z tym to do lekarza, a nie do niej. Jednak zainteresowała się mną. Dopytywała, co robię w życiu, nawet czy jeżdżę samochodem. Następnie zasłoniła mi głowę białą chustą i zaczęła odmawiać różne modlitwy. Niestety, nie mogę powiedzieć dokładnie, co robiła. Nie pozwoliła tego zdradzać, więc nie będę o tym mówić.

Ta pani nie była zbyt miła, wręcz oschła. Na koniec dała mi jeszcze porady, co dalej mam robić. Chciałam jej zapłacić, wyciągnęłam pięćdziesiąt złotych. Nie przyjęła, powiedziała, że jej stół nie widział takich pieniędzy, żebym najwyżej dała jej dziesięć złotych na świeczki do cerkwi.

Po wyjściu z pokoju przeprosiłam czekające osoby, że weszłam poza kolejką. Jednak nikt się tym nie przejął, powiedzieli mi, że ona właśnie tak robi, najwyraźniej tego potrzebowałam.

Dwa miesiące później pojechałam do lekarza na kontrolne USG. Choroba, na którą chorowałam jest nieuleczalna, lekarz powiedział jednak, że na USG nie widzi choroby. Zlecił mi badania hormonalne. Na wynikach również wszystko było w porządku. Lekarz zdecydował o odstawieniu leków i kazał zgłosić się za jakiś czas. Po tym czasie zrobiłam jeszcze raz TSH, wyszło w normie, miałam 1,9 (norma od 1 do 5). Było to dla mnie wielkim zdziwieniem.

Guzior: Długo trwało leczenie farmakologiczne przed wizytą u szeptuchy?

Pani Magda: Tak. Dwa lata [leczyłam się] na tę chorobę. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że po prostu zniknęła. To niewytłumaczalne.

Guzior: Czy szeptucha kazała odstawić leki?

Pani Magda: Nie. Ona nie ingeruje w takie sprawy. Nawet nie wiedziała dobrze, na co się leczę. Wiedziała jedynie, że ma to związek z tarczycą.

Guzior: Czy po wizycie kazała wykonać jakieś zadanie, na przykład dała kawałek bułki do zjedzenia?

Pani Magda: Tak. Takie typowe metody.

Guzior: Skąd dowiedziała się pani o babce z Orli?

Pani Magda: Chory człowiek szuka różnych metod leczenia, niekoniecznie z medycyny konwencjonalnej. O tej pani słyszałam same dobre rzeczy. Byłam tam też w dzieciństwie z rodzicami. Wydaje mi się, że ona pomaga. Chciałam później do niej nawet pojechać, aby podziękować.

Guzior: Pytała o wiarę?

Pani Magda: Nie. O to nie. Wydaje mi się, że nie ingeruje w sprawy wiary. Ale jeśli ktoś nie wierzy w to, że ona pomaga, to go wyprasza. Bez sensu jechać tam, aby tylko sprawdzić, czy to, co mówią ludzie, jest prawdą.

Guzior: Rozmawiała pani z innymi osobami stojącymi w kolejce? Z jakimi chorobami przychodzą?

Pani Magda: Dzieci mają problemy ze snem. Dorośli najczęściej chodzą o kulach. Bardzo dużo osób przyszło z chorobami skóry.

 

Pani Joanna, Wysokie Mazowieckie, 25 lipca 2015

Guzior: Dlaczego zdecydowała się pani odwiedzić szeptuchę?

Pani Joanna: Moja córeczka potrzebowała pomocy.

Guzior: Co dolegało córeczce?

Pani Joanna: Magda miała od urodzenia przy uchu naczyniak, który zdaniem lekarzy miał się wchłonąć, ale tak się nie stało. Martwiło mnie to. To dziewczynka, a takie znamię szpeci. Postanowiliśmy z mężem zabrać Magdę do szeptuchy. Córka miała tylko dziewięć miesięcy. Zajechaliśmy na miejsce. Zobaczyliśmy stary drewniany domek, a na podwórku kolejkę – czterdzieści osób. Stanęliśmy na końcu. Po chwili od szeptuchy wyszła jakaś osoba, a za nią na ganku pojawiła się babka, taka starowinka. Rozejrzała się po kolejce i wskazała nas palcem, mówiąc; „Teraz pani z dzieckiem”. Przede mną stało dużo ludzi, stare babcie i wykrzywieni dziadkowie, oczywiście narzekali, ale podobno w tej sytuacji nikt nie ma nic do gadania.

Po przedstawieniu sprawy szeptucha mnie okrzyczała, że powinnam przyjechać wcześniej, bo taka narośl rośnie razem z dzieckiem. Wytłumaczyłam jej, że dopiero się dowiedziałam o praktykach szeptuch. Babka nakryła białą chustą głowę Madzi, następnie wzięła zbite w kłębek paździerze z konopi. Podpaliła je i zaczęła nimi zataczać wkoło głowy córki. Mówiła coś przy tej czynności, też się modliła. Na koniec usłyszałam: „Niech zło zniknie”. Potem zdmuchnęła pozostałości po pakułach i powiedziała: „Macie chlebek. Jak wyjdziecie ode mnie, odmówcie modlitwę (też coś o znikającym złu) i wyrzućcie za siebie chleb (już nie pamiętam, w prawo czy w lewo, jaki kierunek pokazała)”. Tak zrobiliśmy.

Chcieliśmy zostawić pieniądze, ale nakrzyczała, że nie chce. Po paru tygodniach naczyniak się wchłonął, została tylko mała kropka.

Guzior: Pytała o wiarę?

Pani Joanna: Nie pytała. Była też z nami mama koleżanki ze zdjęciem męża. Pokazała je, ale szeptucha powiedziała, że mąż sam musi przyjechać.

Guzior: Skąd się pani dowiedziała o szeptuchach?

Pani Joanna: Od sąsiadów, których córka miała takiego naczyniaka na czole i po wizycie u babki zniknął on po paru tygodniach.

Guzior: Czy zna pani inne, może bardziej regionalne, określenia szeptuch?

Pani Joanna: Tak. W czasie, kiedy tam byliśmy, nikt nie nazywał ich szptuchami, na takie panie mówiono po prostu babki.

 

Pani Jolanta i jej syn Jarek, seminarzysta wyznania prawosławnego, Sokółka, 16 lipca 2015

Guzior: Kiedy odwiedziła pani szeptuchę?

Pani Jolanta: Miałam wtedy sześć lat, do szeptuchy zaprowadziła mnie mama.

Guzior: Jaki był powód wizyty?

Pani Jolanta: Byłam nerwowym dzieckiem, na włosach robiły mi się non stop kołtuny, których nie dało się rozczesać. Mama zabrała mnie do staruchy. Pamiętam, że mówiła nade mną modlitwy, których nie rozumiałam. Mama piekła ciastka lub słodką bułkę, nad którymi starucha odmawiała swoje modły, po czym kazała mi jeść dany produkt kilka razy dziennie. Miałam przyjść za tydzień. Trwało to cztery niedziele, po czym kołtuny zniknęły. Od tej pory ani razu nie miałam z włosami żadnych problemów [kobieta ma około pięćdziesięciu lat].

Guzior: Odwiedziła pani jeszcze kiedyś szeptuchę?

Pani Jolanta: Tak, ale inną. Tym razem zaprowadziłam do niej moją dwuletnią córkę. Kiedyś staruch było wiele, teraz większość z nich jest oszukana.

Jarek: O szeptuchach wiele się mówi, ale one nie chcą zdradzać swoich tajemnic. Znam szeptucha, jeśli można go tak nazwać. Eugeniusz Suszcz. Swego czasu przeżył śmierć kliniczną, po tym potrafi spojrzeć na człowieka i powiedzieć, co mu dolega,
a następnie go uleczyć. Mówi, że dostał taki dar od Boga, ale nie może nic na ten temat powiedzieć.

Guzior: Jak jego przypadek rozpatruje kler?

Jarek: Episkopat nie wie, co z tym zrobić. Zastanawiają się, czy to faktycznie dar Boży, czy opętanie przez moce szatana.

Guzior: Co jeszcze wiesz o szeptuchach?

Jarek: Wiem, że szeptuchy nie mogą umrzeć, póki nie przekażą komuś swojej wiedzy. Dlatego często żyją ponad sto lat i męczą się starością i wszelkimi jej objawami. Wiadomo, byle komu wiedzy nie przekażą. Najbardziej popularna jest ta z Orli. A wiesz skąd nazwa szeptucha? Od szeptu. Babki odprawiając modły, szepczą modlitwy, często od tyłu. Dlatego nie rozumiemy, co one mówią.

Ostatnio dużo też mówiono o wypadku spowodowanym przez szeptuchę, zginął w nim duchowny, nazywał się Tomasz Lewczuk1. [Jarek puścił nagranie ukraińskiej szeptuchy, która odczyniała urok z krowy, kadząc ją dymem z ziół.]

Czasem zdarza się, że ludzie uważają, że z ich zwierzętami jest coś nie tak i przychodzą do szeptuchy. Znam język ukraiński, jednak na ten moment nie wiem, co mówi babka na nagraniu, to nie są żadne słowa. Możliwe, że wypowiada modlitwę od tyłu. [Po chwili] Ooo, dopiero w tym momencie zaczyna normalnie mówić modlitwę.

Guzior: Jako przyszły kapłan wierzysz w ich dar?

Jarek: Nie wiem, chyba nie mam zdania.

 

Pani Joanna, Białystok, 30 lipca 2015

Guzior: Kiedy odwiedziła pani szeptuchę?

Pani Joanna: Miałam wtedy siedem lat. Moja mama była ze mną. To głównie z jej opowieści znam przebieg wizyty.

Guzior: Jaki był powód spotkania z szeptuchą i jak ono przebiegało?

Pani Joanna: Wizyty były trzy. Najpierw byłam z mamą, potem z tatą, a trzeci raz znowu z mamą. Tata miał obiekcje, mama pokładała w to więcej wiary. Sprawa dotyczyła naczyniaka, który pojawił mi się na powiece, na lewym oku. Miałam półtorej roku. Ten naczyniak rósł i w pewnym momencie przysłaniał większość powieki, przez to przymknęło się oko. Wyglądało to dosyć niebezpiecznie. Lekarze stwierdzili, że jedynym rozwiązaniem jest operacja, jednak rodzice bardzo się obawiali, że ona zaszkodzi, gdyż oko to delikatny narząd.

Chodziliśmy do najlepszego białostockiego ordynatora, jednak nie dostaliśmy takiej pomocy, na jaką liczyliśmy. Rodzice zaczęli szukać pomocy w innych miejscach. Mama od sąsiadów dowiedziała się o znanej w tej okolicy uzdrowicielce z Orli. Za ich namową postanowiła spróbować. Moja babcia również była zdania, że powinniśmy pójść do szeptuchy, znała te praktyki. Pamiętam, że wszystko działo się w normalnym wiejskim domu. Było mnóstwo ludzi, którzy stali w kolejce. Nie umawialiśmy się wcześniej, przyjechaliśmy na żywioł i czekaliśmy tam kilka godzin. Do pokoju, w którym przyjmowała ta kobieta, mogła z dzieckiem wejść tylko jedna osoba. Kompletnie nie pamiętam samego ceremoniału, gdzieś go wyparłam, może dlatego, że się go bałam. Faktycznie, mama opowiadała mi przebieg wizyty, dla dziecka to mogło być straszne. Mówiła, że kobieta przykryła moją głowę jakąś chustką, a nad tym paliła len. Tamta modliła się, ale te modlitwy były dla nas niezrozumiałe, bo prawdopodobnie były w języku starocerkiewnosłowiańskim. Cały ten proces trwał chwilę.

Zaskakujące było to, że kiedy babka mnie zobaczyła, to pierwsze jej słowa do mamy brzmiały: „Dlaczego nie przyjechałaś z nią wcześniej? Przynajmniej cztery lata temu powinnaś przyjechać. Wtedy dziecko miało trzy lata, więc naczyniak by zniknął w wieku około dziesięciu lat. A teraz zniknie około jej dwudziestego roku życia”. Po latach okazało to się prawdą, bo około dwudziestego roku życia mogłam powiedzieć, że praktycznie go nie widać. Okulista mógłby powiedzieć, że mam jakieś zgrubienie i tyle. Z biegiem lat, tak jak powiedziała szeptucha, narośl powoli znikała. I nie była już sina jak na początku, dzięki czemu w okresie studiów była praktycznie niezauważalna.

Zabiegi były trzy. Kobieta kazała przyjechać trzykrotnie w miesięcznych odstępach. Za każdym razem proces wyglądał tak samo. Za drugim razem, jak już wspomniałam, pojechał ze mną tata i wyszedł delikatnie zdenerwowany. Stwierdził, że więcej mnie tam nie zawiezie, bo boi się, że kobieta mnie spali. Ostatnim razem przyjechałam ponownie z mamą. Po ostatniej wizycie mama otrzymała od tej kobiety kromkę chleba, którą miała w drodze do domu wyrzucić za siebie na rozstajach dróg, dzieląc ją na trzy części.

Guzior: A czy Pani rodzice zapłacili za wizytę?

Pani Joanna: W sumie dawano co łaska, maksymalnie dwadzieścia złotych.

Guzior: Czy pani mama ufała w moce szeptuchy?

Pani Joanna: Szeptucha zdobyła zaufanie mamy, mówiąc jej, ile lat wcześniej powinniśmy przyjechać. Przecież nie znała dokładnie mojego wieku, nie wiedziała nawet od jak dawna mam narośl. Wskazywałoby to, że faktycznie coś wyczuła. Teraz jedyną pamiątką po naczyniaku jest słaby wzrok.

Guzior: Dlaczego mama zdecydowała się na udanie z panią do szeptuchy?

Pani Joanna: Duży wpływ miała na to moja babcia, która słyszała o takich ludziach. Kiedyś opowiadała mi o szeptunie z Jaźwi. Akurat o nim nie wypowiadała się pochlebnie. Babcia opowiadała mi jeszcze o kobiecie, która przyjmowała w Janowie, na trasie do Sokółki. Do niej też były kolejki. Jednak nie była to typowa szeptucha, miała inną metodę niż pozostałe. Mianowicie dawała lek, który miał dać uzdrowienie. Była to woda, którą każdy miał przywieźć w słoiku. Ona tylko nad tą wodą odprawiała modły. Następnie taką wodę piło się powoli, codziennie po łyżce. To miało przynieść uzdrowienie. Moja babcia wierzyła w takie rzeczy.

Guzior: Jaki pani ma stosunek do uzdrowicielek?

Pani Joanna: Byłam sceptyczna, ale po opowieści mamy… Faktycznie, wszystko się zgadzało.

O autorce 

  • 1. Na pogrzebie prawosławnego księdza Tomasza Lewczuka, wikariusza Soboru św. Trójcy w Hajnówce, arcybiskupi przestrzegali ludność przed namowami i klątwami szeptuch [przyp. red.].