2019-06-18
2019-12-09

Marek Musiał, Karina Janik

Podążanie ku tajemnicy

Rozmowa stanowi aneks do rozprawy doktorskiej Kariny Janik Drogi parateatru – Jerzy Grotowski, Rena Mirecka, Ewa Benesz obronionej na Wydziale Polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim.

 

Karina Janik: Może zacznijmy od początku, jak się pan poznał z Jerzym Grotowskim i zespołem Teatru Laboratorium?

Marek Musiał: Zawsze ciągnęło mnie do teatru. W dzieciństwie uczestniczyłem w przedstawieniach dla dzieci, które były organizowane w Miejskim Domu Kultury we Wrocławiu. Bardzo przeżywałem swoje działanie w teatrze. Wciąż działa na mnie magia teatru – magia sceny, tej ciemności, gdzie wszystko się może zdarzyć. Dlatego teatr fascynował mnie od początku.

Janik: Pamięta pan jakieś spektakle z tego okresu?

Musiał: Nie, w pamięci pozostały jedynie sceny: ktoś kogoś gonił, wilk schował się za krzaczkiem, krzyczałem wtedy „Za krzaczkiem! Za krzaczkiem!”. Przeżywałem to przedstawienie, ponieważ dla mnie była to rzeczywistość, nie teatr. Kiedy rozpocząłem studia, zostałem adeptem Studenckiego Teatru Pantomimy „Gest” we Wrocławiu, który działał w Pałacyku. To były lata 1967–1968. Pantomima pociągała mnie między innymi z tego względu, że we Wrocławiu działał słynny teatr Tomaszewskiego. W tym gatunku było coś niedopowiedzianego – nie ma słów, więc rodzi się tajemnica. Jest jakiś gest, aktor, który coś sugeruje, jest żywa osoba w przestrzeni, reszta zależy od wyobraźni widza – co sobie dopowie i co zobaczy. Patrząc z perspektywy, mógłbym powiedzieć, że w zasadzie wszystkie moje działania polegały na poszukiwaniu tajemnicy lub kontaktu z nią. To, co później pociągało mnie w Grotowskim, to właśnie podążanie ku tajemnicy, chęć rozpoznania jej czy też dotarcia do niej.

Janik: Kiedy po raz pierwszy miał pan kontakt z pracą Grotowskiego?

Musiał: To się zaczęło właśnie od Teatru Pantomimy „Gest”.

Janik: Przychodzili tam aktorzy Grotowskiego?

Musiał: Nie, wtedy nie miałem z nimi kontaktu. Na zajęciach z pantomimy usłyszałem o Grotowskim. Chciałem się kiedyś dostać na spektakl, poszedłem kupiłem bilet. Śmieszna historia. Kiedy przyszedłem do teatru, usłyszałem jakieś krzyki i wrzaski, no i uciekłem, ale uznałem, że dzieją się tam niesamowite rzeczy.

Janik: Nie miał więc pan wiedzy na temat pracy, zanim pan w nią wszedł?

Musiał: Nie miałem żadnego wyobrażenia. Przeczuwałem tylko – po tym krzyku, wrzawie – że dzieje się tam coś bardzo ważnego. Nie wiem, jak to określić, coś energetycznego, głębokiego, tak mocnego, że wtedy – jako chłopiec – nie byłem jeszcze na to przygotowany. Spektakl Grotowskiego zobaczyłem dopiero po tym, jak zacząłem z nim pracować.

Janik: W jaki sposób dowiedział się pan o naborze do zespołu?

Musiał: Kolega Andrzej Szajkiewicz, który też zajmował się teatrem, przeczytał informację, że Grotowski ogłasza nabór. To była krótka wzmianka gdzieś w gazecie1. Zgłosiliśmy się. Pamiętam, że przyszło wiele osób, nie wiem, ile dokładnie.

Janik: Podobno około trzystu.

Musiał: Odbyło się pierwsze spotkanie. Później, chyba przez dwa dni, wylądowaliśmy wszyscy, prawie sto osób, na górze, w sali, w której grano Apocalypsis cum figuris. Grotowski siedział w kąciku. Prosił, żebyśmy pokazali coś, zaprezentowali się w pewien sposób, teraz byśmy powiedzieli „dali świadectwo o sobie”. Nie padały słowa w stylu „z czym przyszedłeś” lub „co byś chciał pokazać”. Nie wiedziałem, co zrobić. Pamiętam, że pojawiła się sugestia, że Grotowskiemu nie zależy tak bardzo na ludziach teatru, ale po prostu na ludziach, którzy nie mają zakodowanych przyzwyczajeń. To był moment, w którym zaczynał szukać czegoś poza teatrem, dlatego zależało mu na znalezieniu nowych osób. Pomyślałem więc, co mogę pokazać, raczej nie etiudę z pantomimy. Pierwszego dnia nic nie zrobiłem. Ludzie występowali z różnymi propozycjami, odgrywali jakieś sceny, ja siedziałem.

Janik: Pokazywali po kolei?

Musiał: Nie, wszyscy byliśmy razem w przestrzeni i kiedy ktoś chciał, zaczynał. Co jakiś czas robiono przerwę, wychodziliśmy, szliśmy na herbatę do pokoiku na górze, prowadziliśmy luźne rozmowy i ponownie wracaliśmy, żeby pracować. Całość trwała długo.

Janik: Według raportów z działalności teatru to do 4:00 lub nawet 6:00 rano.

Musiał: Zgadza się. Cały ten nabór był bardzo ciekawy, już samo przebywanie w tym miejscu, niekonwencjonalne bycie wśród ludzi. Zazwyczaj ma się jakąś rolę do spełnienia, w kawiarni siedzę, piję kawę. Wiem, że coś mam do zrobienia, a tu nie było sprzętu, więc wszyscy siedzieli gdzieś po kątach na parkiecie. To jednak byli ludzie, którzy czegoś szukali. Nosili w sobie pytania, było to widać po twarzach, każdy z nich był w jakiś sposób nabuzowany.

Pierwszego dnia nic nie wymyśliłem, ale dostrzegłem chłopaka, który grał na bębenku, bardzo mi się podobała jego gra i pomyślałem, że zatańczę. Poprosiłem go następnego dnia, żeby zagrał, a ja będę tańczył. Wyjaśniłem mniej więcej, jak ma grać, że ma zacząć powoli, później osiągnąć apogeum, by na końcu wyciszyć muzykę. Nie wszystko poszło po mojej myśli, czułem niedosyt, bo za szybko skończył. Coś we mnie zostało niewyrażone, zabrakło czasu. To było moje pierwsze i ostanie ujawnienie się w trakcie rekrutacji. Potem już nic nie zrobiłem, uczestniczyłem tylko we wspólnych działaniach. Nie wiem, czy wszyscy się pokazali, część na pewno utknęła w chęciach, nie miała siły, żeby zaistnieć.

Janik: Pan odnalazł się poprzez taniec.

Musiał: Taniec zawsze był mi bliski, ale nie taniec klasyczny, po prostu swobodny ruch ciała. To był rodzaj wyzwolenia. Do tej pory lubię tak tańczyć, tylko niespecjalnie jest miejsce na taki taniec, zawsze wychodzę na dziwoląga.

Janik: Taniec jako odzwierciedlenie procesu zachodzącego między myślą, ciałem i emocjami wyrażony w ruchu, tak?

Musiał: Tak, ta droga była mi zawsze najbliższa, czyli wyrażanie swoich emocji poprzez ruch. Może nawet nie chodziło o emocje. Cały proces w tańcu w pewnym sensie był nieprzewidywalny. Jeden ruch wyzwala następny, a obecność innych ludzi dodatkowo determinuje nową sytuację: zaczyna się taniec mój i taniec czyjś, który jest odpowiedzią, w ten sposób tworzy się kreacja, która, jeśli nie jest na zadany temat, czy nie ma jakiejś struktury, to zawsze podąża w nieznaną stronę, nie wiadomo, jak się rozwinie i co się ujawni, co się objawi. Jeśli człowiek pozwoli sobie na taki taniec, to ciało nie podąża za umysłem, jest z nim zespolone, najpierw jest ruch, potem umysł analityczny. Nie ucieleśniamy pewnej koncepcji. Umysł jest zaskoczony tym, co zrobiło ciało. Po tym spotkaniu zostały wyłonione osoby.

Janik: Dziesięć osób.

Musiał: Nie pamiętam, wydaje mi się, że najpierw dwanaście. Taka jest moja pamięć, ale ktoś potem chyba się nie zjawił czy coś. Ja w ten sposób zaistniałem i zostałem wybrany do grupy.

Janik: To była jesień 1970 roku.

Musiał: Tak. Potem ta grupa pracowała codziennie wieczorem albo…

Janik: Według raportów praca rozpoczęła się po trzech dniach i toczyła się później w takich interwałach. Mam nadzieje, że te raporty są rzetelne.

Musiał: Tak, na pewno.

Janik: Bruno Chojak pamięta, że czytaliście Burzę Szekspira.

Musiał: Ja tego nie pamiętam. Każdy zapamiętał zapewne to, co było mu najbliższe.

Janik: Jak wyglądała praca po rekrutacji?

Musiał: Zaczynaliśmy o konkretnej godzinie, czas zakończenia nigdy nie był określony. Nikt nie miał zegarka, nikt na to nie patrzył, wszystko wynikało z sytuacji, z tego, co się w danym momencie wydarzyło. Grotowski najpierw nam wyjaśniał, o co chodzi w tych działaniach. Spotykaliśmy się w małej salce na górze, było tam bardzo ciasno. To ciekawe, bo potem podobna przestrzeń zaistniała w Teatrze Źródeł, w drewnianym domku, gdzie też wszyscy ledwo się mieściliśmy – wszyscy byli bardzo blisko siebie. Wytwarzała się intymna atmosfera bliskości. W każdym razie spotykaliśmy się tam, na górze i przy stole piliśmy herbatę. Grotowski prosił, by nie notować. To była pierwsza rzecz, którą mnie zaszokował. Jako student Politechniki Wrocławskiej byłem przyzwyczajony do notowania. Chodziło mu o to, by w pełni uczestniczyć w tym, co się dzieje. Zapisując, jednocześnie planujemy, że później przemyślimy nasze notatki. Grotowski twierdził, że jak rozumiesz coś, to rozumiesz to teraz i nieważne, jak zrozumiesz to później, notowanie wykrada cię jak gdyby z miejsca, w którym przebywasz.

Janik: Myślę, że też uczył przez to koncentracji.

Musiał: Powtarzało się to przez cały czas naszej współpracy – stan uważności na chwilę, teraz. Bo jeśli ma coś zaistnieć, jeżeli masz osiągnąć jakieś „oświecenie”, to może się to stać tylko teraz. Jeśli ten moment przegapisz, jeśli nie będziesz uważnym na teraz, to tak jakbyś nie był uważny nigdy. Nie można mieć uważności w przeszłości czy uważności w przyszłości. Następną jego wskazówką, bardzo ważną, było to, żeby nie zmuszać się specjalnie do działania. „Ja tu siedzę, nic nie robiłem, to teraz muszę, zacisnę zęby, muszę znaleźć, muszę coś zrobić, inni zrobili coś, coś robią, a ja nic, nie mam pomysłów”. Nie o to chodzi, aby na siłę wejść i coś uczynić, z drugiej strony „nie siedź cały czas w kącie jak ten kołek, tak przesiedzieć możesz całe życie i nic się nie stanie”. Jego hasłem było „Zrezygnuj z nieuczynienia” . To była wtedy naczelna zasada pracy. Wydaje mi się, że to bardzo ważne sformułowanie.

Janik: „Zrezygnuj z nieuczynienia” – bardzo pomocne na pograniczu niepewności i braku odwagi.

Musiał: Tak, choć, gdyby komuś powiedzieć, „to jest to, co się tworzy na granicy niepewności i braku odwagi”, to dla młodego człowieka mogłoby być to mało zrozumiałe.

Moment wyjścia na forum, gdzieś, gdzie trzeba się jakby pokazać, blokuje człowieka i od razu wtłacza w formę, wchodzi się w jakąś rolę i ją gra. Rolę, której nauczyło się w życiu lub rolę, na jaką ma się ochotę. Wiele czynników składa się na to, choćby strój, od razu narzuca znaczenia. W naszej pracy chodziło o takie hasła, takie zdania, które były rzucaniem wyzwań, które były otwierające, ale w delikatny sposób. Nie chodziło o aktorstwo. Grotowski szukał jak gdyby nowej jakości teatru. Całe to działanie Grotowskiego określa się jako teatr, patrząc z zewnątrz, ale od środka nie interesował go już teatr, używał go do odpowiedzenia sobie na pewne pytania. To było nieustanne dążenie ku tajemnicy, próba dotarcia do tych najważniejszych pytań, które człowiek zadaje sobie przez całe życie. On ich nie formułował, ale te pytania brzmią następująco: „Dokąd podążamy, dokąd podąża cały wszechświat?”. Tajemnica pojawia się momentalnie, kiedy znajdziemy się w ciemności, kiedy uda się nam wyłączyć potok myślowy, który ciągle w nas płynie, kiedy przestajemy myśleć o sprawach do załatwienia teraz czy potem, o jakiś planach, kiedy wyciszymy się wewnętrznie, kiedy nie pojawiają się natrętnie różne myśli, to otwiera się taka dziwna przestrzeń. Wszystko może się w niej zdarzyć, ale żeby tej przestrzeni dotknąć, to najpierw trzeba zawędrować w jej okolice. Temu właśnie służyły działania Grotowskiego.

Wszystkie nasze działania nie były przygotowywane czy reżyserowane, nie było struktur tworzonych wcześniej – wszystko rodziło się z sytuacji, z danego kontekstu. Grotowski stworzył dla nas warunki, w których można było podążać w stronę nienazwanego, nieokreślonego. Wchodziliśmy do Sali Apokalipsy, czasami jeszcze ciepłej po spektaklu, ze śladami stearyny po świecach. Jeszcze roznosił się zapach płomienia. Grotowski zostawiał nam wolne pole do działania, ale kiedy nic się nie działo, kiedy utknęliśmy i nie mogliśmy ruszyć się z miejsca, podpowiadał jakiś temat. Co ważne, zawsze podawał go przed wejściem do sali. Na przykład cztery słowa: chleb, niebo, woda, ziemia.

Janik: Podobnie Rena Mirecka podsuwała w trakcie swoich laboratoriów hasła typu „jesteś w ogniu” albo „jesteś ogrodem”.

Musiał: Tu nie było takich podpowiedzi. „Jesteś ogrodem” sugeruje bardzo dużo. Było inaczej: pojedyncze hasła. Słowo „chleb” nic nie sugeruje oprócz może samego klimatu, zapachu czy tego, co nam się z chlebem kojarzy. To podstawowe słowo, najprostsze. „Perkusja” na przykład jest bardziej skomplikowana. Grotowskiemu chodziło o rzeczy bardziej przyrodzone. To z języka Grotowskiego. Kiedyś w ogóle posługiwałem się jego językiem, poprzez bycie razem, zasłuchanie i chęć chłonięcia.

Janik: Czytając listy młodych ludzi do Grotowskiego zauważam, choć to niepewne, niezbadane, że używał on języka czy słów tych młodych ludzi.

Musiał: Inaczej bym to ujął. Młodzi ludzie najpierw czytali jego wypowiedzi, dlatego formułowali swoje zapytania w podobnym stylu. Gdybyś przeczytała na przykład list, który ja bym napisał, to powiedziałabyś, że Grotowski mówi tylko moim językiem. Tak chłonąłem, że nie potrafiłem używać własnych słów. Cały czas mówiłem sformułowaniami Grotowskiego. Był taki otwarty, to znaczy słowa, których używał były słowami-przestrzeniami, zawierały więcej treści. Jeżeli mówi się językiem bardzo precyzyjnym, to znaczy, że wie się dokładnie, o czym się mówi, a jeżeli wspomina się o tajemnicy, to trudno używać precyzyjnych słów.

Janik: Wróćmy jeszcze do słów słów-kluczy, które podawał Grotowski, gdy grupa nie mogła ruszyć dalej.

Musiał: Wchodziliśmy na salę, znając słowa-klucze… Od tego po prostu zaczynała się praca. I nic poza tym nie było, żadnej innej podpowiedzi, żadnej sugestii, żadnego projektowania sytuacji czy ruchu. Zazwyczaj było oświetlenie, wybieraliśmy je sobie: wybieraliśmy jakiś reflektor, który stał w kącie albo zapalaliśmy świece. To my decydowaliśmy o oświetleniu.

Janik: Czy były jeszcze jakieś sugestie Grotowskiego poza słowami kluczami i „rezygnacji z nieuczynienia”?

Musiał: Wiadomo: nie można było rozmawiać. Pamiętam, że jeszcze na korytarzu coś mówiliśmy, ale potem nie było już czasu prywatnego. Dzielę te dwa czasy na czas działania i czas prywatny. Czas prywatny trwał, kiedy wychodziliśmy po schodach na górę, piliśmy herbatę czy rozmawialiśmy. Wtedy pojawiały się automatycznie jakieś opowieści z naszego życia prywatnego, dzieliliśmy się czymś między sobą, był czas, że zadawaliśmy również pytania Grotowskiemu. To były lata ruchu hipisowskiego, używaliśmy między sobą sformułowania „bracie”: bracie Marku, bracie Rysiu, bracie Bruno, bracie Bossie. Tak żeśmy do siebie mówili, zresztą ja do końca zwracałem się do Grotowskiego „bracie Bossie”.

Grotowski zawsze był obecny przy naszych działaniach, siadał sobie w rogu i jak gdyby znikał – nigdy nie ingerował w pracę. Zapominałem o nim, teraz – z okazji naszej rozmowy – przypominam sobie, że siedział w rogu. Był jak kawałek ściany czy kawałek reflektora, nie był osobą, przed którą coś odgrywaliśmy. Robiliśmy to tylko dla siebie, dla tego działania, dla tej akcji, która się tam rodziła. Tuż przed wejściem na salę czas się zmieniał, czas prywatny się zatrzymywał. Przechodziło się przez ciemny przedsionek i wchodziło się na salę, której ściany były pomalowane na czarno, więc gdyby zgasiło się światło, nic absolutnie nie było widać, dlatego światło musiało być zapalone. Wkraczaliśmy w inną rzeczywistość. Wchodziłem na salę i zajmowałem jakieś miejsce, siadałem na środku czy pod ścianą. Każdy znajdował przyjazną dla siebie przestrzeń, siadał czy stawał. To był moment startu, nikt nie dawał sygnału, by zaczynać, nie klaskał w dłonie. Czas start był wtedy, gdy przekraczało się drzwi. Miałem w głowie na przykład cztery hasła. Chleb zazwyczaj kojarzy mi się z jednym: z chlebem, który jadłem u swojego dziadka na wsi, pieczonym w piecu chlebowym. To słowo-klucz otwierało przede mną osobistą przestrzeń, z mojego dzieciństwa i w pewnym momencie sprawiało, że moje ciało potrzebowało wykonać jakiś ruch. Jeżeli człowiek jest zaprzyjaźniony ze swoim ciałem, nie sprawia z tym kłopotów, nie wstydzi się swoich ruchów, porusza się. Jeśli ciało nie stawia blokad, uruchamia się mechanizm otwierający, który rodzi następne działania.

Ruch dla mnie jest czymś bardzo ważnym. Najpierw po prostu siedziałem, powoli czułem, że te hasła były niczym muzyka dla tancerza, nakazywały coś zrobić, rodziły we mnie konieczność działania. Moje ciało po prostu wymagało zmiany pozycji, każda pozycja dawała początek kolejnej. Nawet nie rozumiesz, dlaczego tak się dzieje, ale zaczynasz się poruszać. Jeżeli inne osoby też wykonują jakieś działania i wydają mi się one interesujące, to reaguję, włączam się albo sam zapraszam do współdziałania. Przykładowo, zaczynam iść, ktoś się dołącza do mojego marszu albo zaczynam biec i to rodzi następne i następne zdarzenia. Działania nie są przygotowane, rodzą się w danej chwili, w danej przestrzeni, w danej sytuacji. Potem okazuje się, że można je powtórzyć.

Janik: W jaki sposób, jak je wywołać ponownie?

Musiał: Są pewne kody: na przykład Alik [Lidtke] zaczął iść dookoła sali, pamiętam, że w tym momencie przyłączyłem się do niego. To działa na tej zasadzie. Zaczynaliśmy od punktów, które można było kodować, wchodziliśmy do sali i każdy zajmował miejsce, które ustaliło się w wyniku poprzednich prac, to znaczy „ty byłeś tu, ty byłeś tu”. I teraz to coś zaczyna być kodowane: „To dobra, Alik, bieg”. To powodowało, że można było powtórzyć działanie wiele razy. W ten sposób można było budować. Codziennie zaczynaliśmy od następnego piętra. Jedna struktura wynikała z drugiej. Struktury mogły być zapamiętane i powtórzone.

Janik: Jednocześnie miały zachowany żywy strumień w sobie?

Musiał: Tak, każda struktura zachowywała tę odnalezioną pierwotność. Nigdy nie było żadnych sugestii ze strony Grotowskiego i żadnej reżyserii, że to ma tak, a tak wyglądać. On tylko był… To znaczy, gdyby tam nie siedział, to nic by się nie wydarzyło. Jego obecność była dla mnie po prostu jak źródło, z którego czerpie się wodę, bez której ryby nie mogłyby pływać…

Janik: Jak to się zaczynało?

Musiał: Jest nas dwanaście osób, wchodzimy na salę i co dalej? Musimy mieć jakąś myśl przewodnią, coś, od czego zaczynamy. Na początku zazwyczaj było tak, że Grotowski rzucał jakieś słowa, hasła, stanowiące punkt zaczepienia. Podawał je nam w pokoiku na górze, po tym jak widział, że sami sobie nie radzimy.

W ogóle moje spotkanie z Grotowskim to było pierwsze spotkanie z człowiekiem, którego mogłem zapytać o różne rzeczy i który nie odpowiadał mi w sposób zdawkowy czy schematyczny. To były pytania dotyczące życia, takie, które zadaje się sobie, kiedy przechodzi się z okresu młodzieńczego w okres męski. Przedtem rodzice wyjaśniali złożone sprawy. Gdy stała się nam jakaś krzywda, mama mówiła: „Nie płacz dziecko” i głaskała po główce i było cacy. Odpowiedzi rodziców dotyczyły spraw podstawowych. Pytań o sens życia czy wykraczających poza codzienność życia raczej mamie czy tacie nie zadawałem. Człowiek szuka odpowiedzi na takie pytania poza gronem rodzinnym. Miałem taki problem, że moje myślenie było stricte politechniczne, zresztą do tej pory jestem ścisłym umysłem, byłem wtedy studentem politechniki na drugim czy trzecim roku. Gdy analizowałem jakieś działanie, wiedziałem, jaka będzie reakcja. Nie było rzeczy niewytłumaczalnych, wszystko potrafiłem rozwiązać, nie było dla mnie żadnych tajemnic. Świat był prosty i wyjaśnialny. Wszystko było oczywiste. Tutaj spotkałem się z tajemnicą, to znaczy spotkałem się z nią wcześniej, ale zdążyłem o niej zapomnieć. Dotychczas była dla mnie niedotykalna, a teraz znalazłem jak gdyby możliwość wchodzenia w tę tajemnicę.

Janik: A te słowa-klucze, czy powtarzały się, czy też Grotowski za każdym razem podawał inne słowo? A może przestał je podawać, bo praca się rozwijała i nie było takiej potrzeby?

Musiał: Zaczęło się od tego, że nie było żadnych słów. Słowa-klucze były pomoce, gdy widział, że utknęliśmy i nie potrafimy pójść dalej, ruszyć z miejsca, że płomień nie został podsycony, czyli drwa nie zostały dorzucone. Słowa były niczym dorzucanie drew.

Janik: Ta praca z Grotowskim skończyła się w czerwcu.

Musiał: Tak, tworzyły się struktury i ciągle nie wiedziałem, do czego dążymy, co mamy osiągnąć. Jako aktor teatru pantomimy „Gest” wiedziałem, że każde ćwiczenie służy do tego, żeby stworzyć spektakl, że nie robi się sztuki dla sztuki. Grotowski jednak mógł sobie pozwolić na swobodę, nie musiał przygotowywać nic dla widzów. Gdyby od początku wiedział, że ma powiedzmy tyle i tyle pieniędzy, tyle i tyle czasu i z tego należy wykreować takie a takie przedsięwzięcie czy spektakl, to ta praca z nami zupełnie inaczej by wyglądała. Pojawiłyby się naciski: ty teraz zrób to, ty tamto, to trzeba połączyć tu. Bo przecież przyjdzie publiczność. Nie działaliśmy w ten sposób. Mieliśmy zupełnie inne nastawienie. Nie robiliśmy nic na pokaz. To była jakby otwarta struktura bez ścian i to właśnie było niesamowite.

Janik: Czy zdarzyło się w tej pracy jeszcze coś interesującego, o czym chciałby pan opowiedzieć?

Musiał: Któregoś dnia ktoś przyniósł adapter, miał płytę nagraną po festiwalu w Woodstock. Tworzyliśmy do tej muzyki działania, muzyka była tym, czym słowa-klucze – hasłem wywoławczym do działania. Były takie punkty – wejścia, dołączało się do działania z góry określonej sytuacji, z punktów, na których skończyliśmy poprzednio. Wchodziliśmy do sali, były te miejsca, pozycje, które każdy z nas zajmował i zaczynała się akcja. Zaczynało się od jakiegoś ruchu. Alik, powiedzmy, zaczynał kręcić się w kółko w jednym rogu sali, ktoś się w tym momencie podnosił w innym rogu, ktoś zaczął iść, ktoś się dołączał do tego chodu, ktoś tak czy inaczej rozgrywał jakimś tam tańcem czy wspólnym działaniem, ktoś z kimś był w jakimś działaniu, czy względem siebie tańczył i to trwało. Akcja składała się z konkretnych działań i kończyła się wyciszeniem – ruch powoli zamierał i każdy gdzieś zastygał. To była cała struktura. Pamiętałem, co zrobiłem i mogłem powtórzyć to dziesięć, dwadzieścia razy w ten sam sposób.

Na początku było poszukiwanie, wstęp, pierwsze dwie, trzy minuty były ustalone, a potem sprawa była otwarta, kończyło się to pochodem lub jakąś pieśnią. Różne rzeczy się pojawiały, czasem jakaś melodia się tworzyła, podchwytywaliśmy ją i w ten sposób rodziła się akcja, potem formował się jakiś pochód itd. We wstępnym etapie działanie rozbudowywało się, a później tworzyła się jakby powtarzalna struktura. Mógłby to być rodzaj… pewnego spektaklu, prawda? Można by teraz wpuścić widzów i odegrać to, co zrodziło się cząstka po cząstce w relacjach między nami.

Janik: Dlaczego nie zapadła decyzja, żeby to był spektakl?

Musiał: Myślę, że nie było takiej konieczności.

Janik: Poza tym Grotowskiemu zależało na tym, aby chronić tę grupę i aby zostawić ją, powiedzmy, w tajemnicy i swobodzie.

Musiał: Spektakl zabiłby nasze doświadczenie. Może w ogóle bym o tym nie pamiętał? Wyparłbym to z siebie, bo jednak to było bardzo intymne przeżycie, a my nie byliśmy aktorami zawodowymi – nie byliśmy przygotowani na obecność widza. Aktorzy dysponują techniką, wiedzą, jak się obronić. Myśmy tego nie mieli, więc dla nas oznaczałoby to pewno zniszczenie doświadczenia.

Janik: Nie spodziewałam się, że była to aż tak rozbudowana praca. Nie przypuszczałam, że szło to w stronę struktury, właściwie wspólnych działań.

Musiał: Tak, można to było spokojnie później pokazać, zresztą i inne działania, również te w w Pontederze podobnie się wykluwały.

Janik: Kiedy pan to opowiedział, uświadomiłam sobie podobieństwa. Jeśli chodzi o Apocalypsis cum figuris, znam tylko nagranie, w 2004 roku widziałam Akcję i rzeczywiście, dostrzegam podobieństwa.

Musiał: Sceny czy działania na początku były przeznaczone tylko dla członków zespołu, dopiero później zostali dopuszczeni widzowie. A nie odwrotnie. Aktor zawsze jest obciążony, myśli o przyszłym widzu. Jak człowiek wie, że musi coś pokazać, to od razu przybiera pancerz. Mówił o tym Grotowski. Świetnie wyjaśniał to w rozmowie, natomiast gdyby trzeba to było napisać w formie artykułu, to zazwyczaj sam nie pisał. Wykorzystywał zapisy. Za szybko myślał, aby dało się to na bieżąco zapisać. Rzecz w tym, że literat ma czas, dla niego słowo to materia, którą potrafi rozbudować i nad nią pracować. Grotowski natomiast był w myślach… można to było nagrać i przepisać. I robili to inni.

Janik: Co jeszcze było ważne w pracy tej pierwszej grupy?

Musiał: Przestrzeń, w której grano Apocalypsis zmieniała się, przestała być tylko salą. Stawała się dla mnie lasem, rzeką, w tej pustej przestrzeni wszystko się pojawiało. Nie w mojej wyobraźni, nie dlatego, że sobie coś wyobrażałem. Wszystko się mogło zdarzyć właśnie dlatego, że nikt nic nie sugerował. Największego szoku doznawałem, gdy po całym działaniu (zdarzało się i tak, że wszyscy po prostu zasypialiśmy po skończonej akcji), które trwało wiele godzin, ruch zamierał. Każdy zostawał w jakimś miejscu i zasypiał, nagle ktoś przychodził i otwierał okno, wówczas okazywało się, że za oknem jest dzień. Ludzie chodzą po ulicy i to był taki szok! Między tymi dwiema przestrzeniami – tego tu i tego tam. Uświadamiałem sobie wtedy, że jest jakieś tu i tam.

Byłem wówczas przekonany, że wszystko jest możliwe, że nie ma rzeczy niemożliwych, że należy tylko poświęcić czas. Dostrzegłem też granicę… Cisza między działaniem a niedziałaniem, to było takie działanie na granicy ruchu i bezruchu, ciszy i powiedzmy dźwięku. Jedno splatało się z drugim, jak w warkoczu. Jedno nie mogło zaistnieć bez drugiego. Przebijała się jakaś akcja, która potem tonęła w ciszy i z tej ciszy rodziła się następna akcja. Nie było niedziałania i nie było działania, które jest nieuwagą. To jak chodzenie po grani: cały czas jest przechodzenie z jednej strony na drugą, ale cały czas jest się na grani. To były takie działania: z ciszy nagle wyłania się jakaś intensywna akcja – działanie, taniec albo śpiew i ponowne zanurzenie w absolutnej ciszy.

Janik: Wrócę jeszcze do tego, co pan mówił o chlebie, o słowach, które wywoływały indywidualne skojarzenia. Czy to było tylko przywoływaniem wspomnień?

Musiał: Hasło uruchamiało pewnego typu uważność. Słowa-klucze działały jak wyzwalacz, były iskierką, która podpalała drewno. Gdyby nie było drewna, nie byłoby iskierki. Musiała zaistnieć potencja. W człowieku kryje się wiele nagromadzonych spraw. Rozmawiamy teraz na jeden temat i on się staje ważny, ale to nie znaczy, że nie ma innych tematów. To hasło było raczej takim „no to porozmawiajmy teraz o…”. Hasło było pytaniem, a działanie odpowiedzią. Mnie to bardzo pomagało. Był to sposób bardziej otwierający niż zamykający.

Janik: Ta cisza na końcu była ciekawa.

Musiał: Działanie trzeba było w jakiś sposób zakończyć. Później było tak, że dobra kończymy, jest zatrzymanie, trwa chwilkę i poszczególne osoby zaczynają wychodzić i zostaje pusta sala. Albo było tak, że zmniejszał się ruch, zamierał i zasypialiśmy umęczeni działaniem, a czas na pograniczu snu i jawy był bardzo inspirujący. W momencie przebudzenia nie było wiadomo, czy jest się wciąż w swoim śnie czy w sali.

Janik: Czy działanie rozpoczęte w 1970 roku zostało przerwane?

Musiał: Nie, to od początku było powiedziane, że to będzie trwało określony okres czasu.

Janik: Do czerwca 1971?

Musiał: Nie pamiętam. To był okres próbny. Później przyszedł moment, że trzeba było określić się: albo teatr, albo studia. Praca w nocy już nie wystarczała. Grotowski w pewnym momencie połączył działania obydwu zespołów, czyli aktorów z teatru z nową grupą.

Janik: W 1972 roku. Pan w tym okresie nie brał już udziału w pracach zespołu?

Musiał: Rodzice powiedzieli wtedy, że powinienem skupić się na studiach, że do teatru, zawsze będę mógł wrócić. Zdecydowałem, że muszę skończyć studia. A że doświadczenie wyniesione z teatru było dla mnie bardzo ważne, na Politechnice Wrocławskiej utworzyłem własny teatr studencki, nazwałem go „Aśram”. Dostaliśmy pomieszczenie w jednym z akademików. I tam właśnie ściągnąłem ludzi zainteresowanych aktywnością podobną do działań Grotowskiego.

Janik: W którym roku ukończył pan studia?

Musiał: W 1973.

Janik: Kiedy włączył się pan ponownie w prace Teatru Laboratorium, w 1979 roku?

Musiał: Przez cały czas byłem w kontakcie z Grotowskim, uczestniczyłem we wszystkich działaniach i stażach, które były organizowane. Miałem różne pytania do Grotowskiego.

Janik: Spotykaliście się na ul. Czystej, żeby rozmawiać o życiu?

Musiał: Tak, to był stały punkt naszej relacji. Potem była praca w Teatrze Źródeł, dalsze podążanie w kierunku tajemnicy. Świat do 1970 roku był jednoznaczny, konkretny, wszystko można było nazwać, wyjaśnić, później, poprzez prace zaczął się otwierać, nauczyłem się jak gdyby zbliżać i dealować z tym nienazwanym światem. Kiedyś byłem człowiekiem, który sam siebie opisywał, sam sobie wyznaczałem granicę. Jak patrzę na ciebie, mógłbym cię opisać: masz takie włosy, takie oczy, ale to jest tylko część, nie będę wiedział, o czym myślisz, mogę tylko przypuszczać. Ale sam siebie od środka jestem w stanie opisać, moje myśli i to jest stan normalny.

Janik: A jak się nie myśli i jest się świadomym, to co się dzieje?

Musiał: Otwiera się jakaś przestrzeń bez słów i tam się wszystko może zdarzyć.

Janik: W 1982 roku w wykładach rzymskich Grotowski mówił o mind structure, że każdy ma strukturę swojego postrzegania świata. To, o czym pan mówił, łączy mi się z ideą tych wykładów.

Musiał: Tak, Grotowski mówił to, próbując wyjaśnić swoją pracę ludziom z zewnątrz. Ze mną tak nie rozmawiał.

Janik: Bo nie musiał, z panem pracował.

Musiał: Poza praktyką, w trakcie spotkań szukał sformułowań, które pomogą ludziom zrozumieć w czym rzecz.

Janik: Mówił tam o ortodoksyjnych mnichach z góry Athos, o tym, że nie regulują swojego oddechu jak w jodze, tylko odwrotnie: obserwują go, a następnie rozpoznają cały układ krążenia. Rozumiem, że Grotowski używał takich porównań, żeby wyjaśnić, że jego praca jest czymś innym, niż to, do czego ludzie są przyzwyczajeni na co dzień czy nawet w sztuce.

Musiał: Tak. Poza tym ze sztuką jest taki problem, że istnieje cała sfera sztuki, która jest nieujawniona.

Janik: Ale jest odbieralna. Jak ogląda się Akcję, to coś przepływa między jej uczestnikami i odbiorcami – coś, co nie jest wyrażone, ale odczuwalne. Ktoś na takim niewyrażonym poziomie też to odbiera i może próbować zwerbalizować.

Musiał: Tak, ale z zastrzeżeniem, że Akcja to moment zwrotny. Teatr to podział na widza i aktora. To, co zdarzyło się w Akcji przypomina to, co robiliśmy w 1970 roku. Różnica polega na tym, że zostało to pokazane ludziom.

Janik: Część widzów przychodzi z nastawieniem krytycznym.

Musiał: W Akcji czyniący byli na to przygotowani, choć nie wpuszczało się każdego, my w 1970 roku nie. Jak mnie ktoś atakuje, to się bronię, ubieram pancerz. Grotowski mówił: „Odrzuć ten swój pancerz, nie chowaj się za niego”. Człowiek się chowa, kiedy się boi, że będzie dotknięty, dlatego buduje barierę wokół siebie i dlatego aktor musi być wytrenowany, jeżeli chce ujawniać swoje struktury wobec innych ludzi, musi stworzyć pewną ochronę, która jest czasem lekko przepuszczalna albo w ogóle nieprzepuszczalna. Wtedy aktor musi odgrywać swoje emocje, a w tej pracy chodziło o to, aby emocje wypłynęły. Inaczej człowiek się zachowuje, gdy powiedzmy jest nagi, jest sam, a inaczej, jak ludzie na niego patrzą. W momencie intymności trzeba być niejako ubranym, ale później człowiek jest niejako ubrany cały czas, nie ma już dostępu do swojej pierwotnej wrażliwości, musi bronić się, ubrać w skorupkę, by nie zostać zniszczonym. Dlatego Grotowski w 1970 roku nie próbował robić spektaklu.

Janik: Czy później brał pan udział w Special Project?

Musiał: Uczestniczyłem we wszystkich stażach po kilka razy. W następnym etapie, po zakończeniu naszej pracy, kiedy połączyły się dwie grupy, zostali tylko Zbynio [Zbigniew Kozłowski] i Alik.

Janik: Potem doszło jeszcze parę osób, Włodzimierz Staniewski, Jerzy Bogajewicz, Teresa Nawrot.

Musiał: Tak, z naszej grupy były trzy osoby, a Teo [Zbigniew Spychalski] był w zastępstwie, nie odgrywał żadnej roli, nie było Grotowskiego, więc musiał w jakiś sposób próbować go zastąpić, ale on sam z siebie od początku do końca jakby tego nie rozumiał, był związany z teatrem, działania parateatralne to nie była jego domena. W czasie działalności Teatru Źródeł miał bardzo odpowiedzialną rolę, ale zanim do tego dojdziemy… okres Special Project.

Byliśmy piętnaście–dwadzieścia lat młodsi od członków zespołu teatralnego. Grotowski jednak patrzył jak reżyser, jak dyrektor, zastanawiał się, jak połączyć te sprawy, czyli jak i gdzie pójść z teatrem, jak go rozbudować, by przekaz teatralny był bardziej precyzyjny, albo by dotykał innych sfer. Wszystkie późniejsze projekty były wyjściem poza podstawową relację teatru aktor – widz. Zaczęło się to na innej płaszczyźnie – pojawiło się zaproszenie do wspólnego uczestnictwa.

Janik: Pan w tym uczestniczył jako współtwórca czy zaproszony?

Musiał: Jako zaproszony, jeszcze przed Special Project brałem udział w takich działaniach. Cała działalność przeniosła się do Brzezinki, teatr dostał starą farmę. Przed wojną było tam gospodarstwo, z własnym młynem i elektrownią, samowystarczalne. Teatr to dostał i przebudowywał własnymi siłami. Mnie akurat tam wtedy nie było. Jak przyszliśmy (w 1973 lub 1974 roku), wszystko było już przygotowane: sala w dawnej chlewni. Został tam tylko jeden żłób przy ścianie, w przewężeniu. Wyczyszczono wszystko, zrobiono podłogę. To była straszna praca, zwłaszcza dla osób nieprzyzwyczajonych do pracy fizycznej: tłuczenie kamienia, zwalanie ścian.

Byłem człowiekiem czynu i ruchu, uwielbiam naturę, wszystkie moje najciekawsze doświadczenia odbywały się w plenerze, na przykład w górach. Dostrzegałem świat zewnętrzny, nie tylko świat sali teatralnej, gdzie można stworzyć rzeczy, których nie ma. Wyzwaniem był dla mnie świat zewnętrzny. Dużo podróżowałem. W 1973 roku pół roku podróżowałem autostopem po świecie, zjechałem prawie 12 tys. kilometrów. Wyjeżdżając z Polski, miałem 100 dolarów, nigdy nie spałem w żadnym hotelu.

Janik: Jaką miał pan wtedy wizę?

Musiał: Udało mi się dostać tzw. przydział sto dolarów na wyjazd, na szczęście nie było napisane do jakiego kraju, dlatego z tym przydziałem szedłem do każdej ambasady i mówiłem, że chcę wyjechać do Anglii, Francji czy gdzieś tam i dostawałem wizę. Zrobiłem tour przez Anglię, Francję, Hiszpanię, Włochy, Niemcy, Danię, Holandię. Zaczynało się tak, zatrzymywałem samochód i pytałem: „Dokąd pan jedzie?”. Kierowca mówił „tu i tu”, a ja odpowiadałem „ ja też” i wsiadałem. To było podróżowanie w nieznane.

Janik: Jak długo przebywał Pan w Hiszpanii?

Musiał: Jakieś dwa, trzy miesiące. Był taki moment we Włoszech, kiedy nie miałem pieniędzy. Na początku jechałem do Anglii i tam przez trzy tygodnie pracowałem w hotelu. Myłem garnki, uzbierałem chyba dwieście dolarów czy funtów i to był cały kapitał, jaki wystarczył mi na resztę podroży. W Rzymie akurat skończyły mi się pieniądze, bo za ostatnie kupiłem mamie szpilki, których w ogóle u nas nie było. Nie bałem się wówczas wydać ostatnich pieniędzy, taki był optymizm we mnie. Teraz myślę: „Zaraz, czy mam kartę kredytową?”. Wtedy była we mnie pewność, że nic mi się nie stanie. Otwartość na świat, na wyzwania, wyniosłem właśnie stąd.

Janik: Z Sali Apokalipsy.

Musiał: Tak. Okazało się, że potrafię żyć w otwarty sposób. Cały czas pozostawałem w kontakcie z Grotowskim i co jakiś czas spotykałem się z nim. Nie pamiętam, czy to wynikało z mojej inicjatywy. Czasami Grotowski wysyłał do mnie telegram, czy mógłbym spotkać się z nim w takim a takim czasie. Przeprowadzaliśmy różne doświadczenia. Na zewnątrz wyglądało to tak, jakby Grotowski wszystko wiedział i robił rzeczy zaplanowane, a przecież on sam przechodził różne etapy, podejmował wyzwania. Był okres, kiedy byliśmy zainteresowani książkami Carlosa Castanedy, antropozofa amerykańskiego, który zajmował się kulturami indiańskimi i miał do czynienia z czarownikami. Opisywał swoje doświadczenia w książkach ukazujących się na przełomie lat siedemdziesiątych. Z Grotowskim sprawdzaliśmy, testowaliśmy jego drogę z opowieści o Don Juanie. To był indiański czarownik. Przeprowadzaliśmy też różne doświadczenia wzorowane na opisach Castanedy (śmiech).

Janik: W naturze?

Musiał: Tak, idąc w góry. Grotowski przychodził z pytaniami, mówił: „Świat który znasz, jest tym, co znajduje się na tym stoliku”. Tam w książce sytuacja rozgrywała się chyba w restauracji. Tłumaczył: „Co byś nie powiedział, co byś nie określił słowem, to jest to, co możemy położyć na tym stoliku, a istnieje jeszcze świat, który znajduje się poza tym stolikiem i teraz: jak się do niego dobrać?”. To, co jest poza tym stołem, nie może zostać werbalnie nazwane. Jak przekroczyć tę granicę? Przecież umysł jest sprytny, cokolwiek zrobisz, sprowadzi to na ziemię. Trzeba przechytrzyć umysł, być od niego szybszym, by doświadczenie zaistniało, zanim o nim pomyślisz. Później trzeba uważać, by tego doświadczenia nie próbować ujmować w słowa – wtedy je domykasz, kładziesz na stół.

Janik: To jak się porozumiewaliście na temat tego poszukiwania?

Musiał: Jest pewna struktura, punkt wyjścia, bierzesz plecak, ubierasz buty – to porozumienie, gdzie możesz się określić. Ale jeśli idziesz trzy dni bez wody, to trudno, bym ci opowiedział, co się dzieje.

Janik: Jak idzie się po lodowcu bardzo długo i wieje wiatr trzeba coś robić, konkretnie oddychać itd., trudno jest o tym opowiadać.

Musiał: To są te doświadczenia.

Janik: Można opisać czynności: idę, wbijam czekan, biorę oddech, wstaję, robię krok do przodu.

Musiał: Można też zaprosić kogoś na wyprawę, by szedł za tobą i wbijał czekan. Tym właśnie było przedsięwzięcie Special Project. Zawierało w sobie poszukiwanie tego, co znajduje się poza stolikiem oraz relacje międzyludzkie. Co dzieje się między ludźmi, gdy wspólne siedzą przy ognisku? Kiedyś były modne rajdy studenckie. Miesiącami ludzie chodzili różnymi szlakami i spotykali się na koniec dnia, ktoś miał gitarę, ktoś inny instrument. Śpiewało się różne piosenki, jedni je znali, inni dopiero się ich uczyli. Stwarzało to możliwość wspólnego przeżycia, bycia razem, obcowania. Czułeś związek z grupą. Było to wspólne doświadczenie, mówiło się, to jest mój przyjaciel. Czuło się współobecność z innymi. Wyniosłem tę pamięć z okresu studenckiego. Koledzy nie mieli wówczas innych spraw na głowie, mogli się upić i leżeć trzy dni w tym samym miejscu. Żadnego nie wzywała żona ani praca, mogli ofiarować się grupie, przedsięwzięciu. Może dlatego było to takie głębokie i ważne dla nas – byliśmy tylko dla siebie.

Szukanie tego innego doświadczenia, poza stolikiem rzeczy nazwanych czy balastem znanych doświadczeń, w stronę współbycia, współuczestnictwa. Ludzie podążający na Jasną Górę czy na Kalwarię mają poczucie, że w czymś uczestniczą i chyba to właśnie oznaczało Święto. To było najbardziej charakterystyczne dla całego działania. Co jest ciekawego w Święcie? Szczególny czas, wyjęty z codziennej rzeczywistości, kiedy wszyscy się spotykamy, odrzucamy swoje zajęcia, ubieramy się odpowiednio, przychodzimy, są na przykład Święta Bożego Narodzenia. Nastrój jest inny, skupiamy się, choć przecież wiemy, że gwiazdka nie spadnie. Zapachy, one jakoś od dziecka łączą się z tajemnicą.

Przychodziliśmy celebrować wspólnie razem ten szczególny moment. Jak ta relacja wyglądała, zależało od nas, od organizatorów. To miało różne twarze. Było na przykład Przedsięwzięcie Góra.

Janik: Przedsięwzięcie Góra składało się z trzech części.

Musiał: Tak, projekt miał konkretne punkty, rozwijał się.

Janik: Drzewo Ludzi też się do tych Świąt zaliczało?

Musiał: Absolutnie. Wszystkie projekty wywodziły się stąd.

Janik: Czy nie było wśród nich takich, które bardziej były ćwiczeniami, np. Acting Therapy?

Musiał: Acting Therapy okrutnie dużo sugeruje, to twór, który był poza kontrolą Grotowskiego. Nie miał ze Świętem nic wspólnego. Projekty związane ze świętem to Góra Płomienia, Special Project. Nie wiem, na czym polegała rola Grotowskiego w tych projektach, na pewno był kometą, która po tym wszystkim krążyła. Był wyzwalaczem poszczególnych akcji. Później takim twórcą stał się Jacek Zmysłowski. Miał swoją gitarę, miał potrzebę bycia z innymi. Miał też potrzebę, by ludzi zapraszać i wiedział do czego, do swojej pieśni. Jeśli kogoś zapraszam, to muszę coś zaproponować, na przykład wycieczkę. Robiłem to w Teatrze Źródeł. W Świętach było działanie między ludźmi. Tworzyły się takie relacje człowiek – człowiek, dotknij drugiego człowieka, poczuj bliskość bycia z innymi. W parateatrze w dużej mierze działania prowadzili niektórzy członkowie Studia Psychoedukacji w Warszawie.

Janik: Kto do nich należał?

Musiał: Była Zosia Michalska. To było miejsce, w którym zajmowano się człowiekiem, człowiek miał możliwość poznania siebie, doświadczenia siebie.

Janik: Za pomocą innych niż zwykle narzędzi?

Musiał: Tak. Trafiłem do nich po 1984 roku, kiedy wszystko skończyło się w teatrze. Ale wróćmy do Special Project, który był ogniwem łączącym w zasadzie salę teatralną z naszych działań w 1970 z tym, co później robiliśmy w Teatrze Źródeł. Od Teatru Źródeł różniło nas to, że w Special Project istniał element relacji człowiek – człowiek. Było się blisko z drugą osobą, w normalnym życiu tak bliski kontakt ma się tylko z niektórymi. W życiu codziennym nikt cię nie dotyka w tramwaju czy sklepie, chyba że przez przypadek. Jeżeli uczestniczysz, jesteś w kręgu, nie traktujesz drugiej osoby jak obcej, jest ci bliższa niż współpasażer tramwaju. Na tym polegały te działania. Oczywiście miały pewną strukturę. Nie wiem dokładnie, jak były przygotowywane, ponieważ zostałem włączony do Special Project później.

Janik: Czyli nie byli to ludzie całkiem obcy, z tramwaju?

Musiał: Byli to ludzie, którzy stawiali sobie pewne pytania, wcześniej mieli jakieś związki z Teatrem Laboratorium i zostali zaproszeni do działania właśnie w Special Project. Pamiętam był tam Ryszard Cieślak, który miał do pomocy…

Janik: Irenę Rycyk, Zbigniewa Kozłowskiego…

Musiał: [Antoni] Jahołkowski mu też tam pomagał, [Zygmunt] Molik przede wszystkim. To była otwarta struktura, przyjechaliśmy tam na kilka dni.

Janik: Czy ta praca wtedy wyglądała jak później? Czyli że też były zabawy na trawie itp.? Czy była akcja z górką i były pochodnie, czy biegało się i wołało się swoje imię?

Musiał: Zaraz… Górka była już wcześniej. Czy my to wymyśliliśmy? W każdym razie przyjechaliśmy tam na kilka dni.

Janik: Jakie działania się tam odbywały?

Musiał: Teraz nakładają się w mojej pamięci różne akcje. Było działanie, do którego byliśmy zaproszeni, na polu przemykaliśmy przez ogień, przez ścianę ognia. Paliła się benzyna, więc ściana była konkretna, tylko wąziutka, bo były wstawione rynny z benzyną. Łatwo było przebiec, ale trudno zmobilizować się.

Janik: Później, dla uczestników z zewnątrz, już jej chyba nie było?

Musiał: Była zbyt niebezpieczna, można było się zapalić.

Janik: Ze Special Project pochodzi takie jedno doświadczenie: z ogniem trzeba iść do lasu, należy go utrzymać i wrócić.

Musiał: Tę strukturę stworzyli Rysiek [Cieślak], Irka [Rycyk], Zbynio [Kozłowski] i jeszcze ktoś. To była jeszcze ta grupa, która powstała wcześniej, była też taka grupa, która dojechała, chyba dwanaście osób. My przebywaliśmy tam kilka dni, przeszliśmy przez ich cykl i zaproponowaliśmy też swoje działania. Każdy miał znaleźć w przestrzeni jakieś miejsce. Był las, były pola, łąki, dla mnie najbardziej przyjazne było jezioro i z tego wyniknęły różne akcje. Gotową akcją, w której uczestniczyliśmy, było przywoływanie imienia i wbieganie na górkę. Cała grupa wołała, skakała przez ogień, działała w młynie. Braliśmy też udział w biegu z młyna przez ogień do wozowni i do beczki z wodą oraz tańce w sali.

Janik: Tańce z pochodniami?

Musiał: Czy z pochodniami, nie pamiętam.

Janik: Pamięta pan nad rzeką sieć, do której się skakało?

Musiał: Było coś takiego, takie zmanipulowane sytuacje, służące temu, by grupa wspierała się nawzajem, dawała siłę do dalszego działania, dodawała odwagi. Nie jestem w stanie określić, jak długo to trwało, czy dwie godziny, czy osiem. Te akcje rozrastały się, choćby pobyt w młynie. Pojawiało się hasło: „Szukaj jabłek i jak je znajdziesz, podziel się z innymi”. Jak znalazłeś, to częstowałeś kogoś. Z jednej akcji wynikała następna, ale najpiękniejsze było działanie na końcu. Przed nim w sali trwał taniec – narastał, zanikał, cały czas palił się ogień w kominku, więc było ciepło, wytworzyła się przyjazna atmosfera, mimo że człowiek był zmęczony. Działo się to w nocy, powoli wszyscy zasypiali, później byli delikatnie budzeni. Trzeba było chwycić się za ręce, stworzyć wianuszek i zamknąć oczy, i tak szliśmy, jeden za drugim. Szło się bezpiecznie i wychodziło się z ostatniej sali i tam był brzeg, ktoś stał przy drzwiach i pomagał, by się nie przewrócić, bo było stromo, i powoli wchodziło się do strumyka, który płynął obok. Po otwarciu drzwi najpierw usłyszałem – bo tam w środku była cisza – nagle jakby pierwszy raz w życiu usłyszałem śpiew ptaków, potem szum wody, i w końcu zimna woda. Jak już wszyscy weszli, ktoś powiedział: „A teraz powoli otwórzcie oczy”. Ostatnia twoja pamięć rzeczywistości to była noc, sala, a tu nagle otwierasz oczy i widzisz dzień, wszystko świeci, nawet drzewa. To był szok, podobnie jak otwarcie okien we Wrocławiu po całej naszej pracy i nagle bach, inna rzeczywistość. Jakby się człowiek na Marsie znalazł. I wszystkie te zapachy związane z roślinnością, wodą, czego normalnie się nie zauważa, bo są oczywiste. Wszystkie te dziania po kolei były dotykaniem pierwotnych wrażeń: wychodzi się ze strumyka zziębniętym prawie i wrzucają cię do beczki gorącej wody. Jeszcze się tobą opiekują, pomagają ci wejść, wyjść, jakbyś się w łonie matki nagle znalazł.

To była taka huśtawka doznań pierwotnych, jak gdyby obudzonej z uśpienia wrażliwości, o której zapomina się, albo której się unika. Zazwyczaj omijamy błoto, bo nie chcemy się pobrudzić. Coraz mniej mamy bezpośrednich doświadczeń, ponieważ sami ich unikamy. Kiedy ostatni raz zmokłaś na dworze? Jest parasol, samochód albo tramwaj.

Janik: No tak, co za pomysł, żeby moknąć, chyba że chodząc po górach.

Musiał: A kto teraz chodzi po górach naprawdę? Idzie się od schroniska do schroniska albo wchodzi się na górkę i schodzi do samochodu. Kto wędruje i śpi w górach? Ciężko o takich. Jeżeli śpi się w górach, to w schronisku, albo wynajmuje się pensjonat nad Adriatykiem. Jedzie się tam, żeby nie zaznać deszczu, żeby nie zmoknąć.

Janik: Życie w mieście powoduje, że coraz bardziej oddalamy się od natury.

Musiał: Człowiek zapomina, traci wrażliwość, je tylko to, co lubi, zaczyna robić tylko to, co lubi. Jeśli tak postępuje, to czego nowego może się dowiedzieć się, co nowego może poznać? Zamykamy się, ograniczamy nasze możliwości, a o podejmowaniu ryzyka już w ogóle można zapomnieć. Zaczynają rządzić urzędnicy, to oni określają, jak mają wyglądać doświadczenia i przedmioty, które nas otaczają i przepisy mają decydować.

Janik: Na przykład takie baraszkowanie na trawie było próbą wytrącenia ludzi z codzienności. I chodziło o kształtowanie relacji z drugim człowiekiem i doświadczeniem natury, z którą nie mamy do czynienia na co dzień.

Musiał: Było ważne, że grupa przebywała razem, choć niektóre działania prowokowały do działania w dwójkę. Działania poszczególnych osób odbywały się pod opieką innych. Nie jestem w stanie stwierdzić, jak to po sobie następowało. Istniało kilka wariantów. Tak było w trakcie naszej pracy w Teatrze Źródeł. Pewne struktury były dokładnie planowane, co do godziny – grupy z różnych kierunków miały spotkać się. Były więc takie struktury, w których prowadzący musiał koordynować działania, uwzględniając czas. Jeśli na przykład jakieś działanie rozkręciło się i zamiast pół godziny trwało pięć godzin, to trzeba było z czegoś zrezygnować, coś opuścić, przełożyć. Były też twarde struktury przebiegające w ustalony sposób.

Janik: Wróćmy jeszcze do elementu, który pan wymyślił w Special Project.

Musiał: Zanim doszło do Special Project, był teatr i relacja aktor – widz, potem te nasze działania kompletnie nieokreślone i niewychodzące poza nas. Później, w Special Project nastąpiło otwarcie na ludzi i prowokowanie akcji między ludźmi, czyli relacji między ludźmi. Można było coś zrobić z osobą obok.

Janik: To Ryszard Cieślak spotykał się z potencjalnymi uczestnikami, każdy rozmawiał z nim?

Musiał: Tak, trzeba było wyjaśnić kandydatowi, w czym będzie uczestniczyć, że nie będzie siedzieć jak widz podczas spektaklu. Głównie chodziło o to, żeby przekazać, że będzie aktywny, że coś będzie robił, że coś będzie się z nim działo. Należało też uprzedzić go, by zabrał na przykład trzy zmiany ubrania: po przejściu strumienia było się całym mokrym.

To naprawdę było ciężkie doznania fizyczne: zanurzenie się w zimnym strumieniu, przemierzanie lasu w ciemności, pokonywanie ogniska, bycie w sianie, na łące. To były doświadczenia, przed którymi człowiek zazwyczaj wzdryga się. Nigdy w ubraniu nie wskoczysz do dołu z błotem.

Istnieje różnica między człowiekiem, który stoi nad brzegiem stawu i myśli, co się stanie, jak wskoczy do wody, a tym, który rzeczywiście do wody wskoczy. W tych działaniach ludzie doznawali autentycznych stanów, których nigdy nie doświadczyliby w normalnym życiu, może nawet w całym swoim życiu. Odczuwali to na własnej skórze. To trwało wiele godzin, akcja goniła akcję, przez chwilę mogłeś odpocząć i zaraz brali cię za rękę i prowadzili gdzie indziej. Gdy po raz pierwszy w tym uczestniczyłem, to było pierwotne wręcz przeżycie. Później było inaczej, kiedy sam zostałem przewodnikiem. Wiele razy powtarzałem akcję, pojawiało się moje działanie, które wprowadziłem do Uniwersytetu Poszukiwań.

Janik: Byliście niejako grupą testową, zanim Special Project został tak nazwany i udostępniony ludziom z zewnątrz.

Musiał: Spędziliśmy tam jeszcze kilka dni i usłyszeliśmy: „Zaproponuj jakieś swoje działanie”. Lubiłem się szwendać po nocy, gdy zacierają się granice między przedmiotami. Szedłem wzdłuż jeziora, powolutku, bo to była noc, nic nie widać, przekradałem się przez gałęzie, gęste krzaki. Szedłem groblą między jeziorem a kanałem, który doprowadzał wodę do młyna. Szedłem, szedłem, a potem okazało się, że ta grobla skończyła się i aby znaleźć się na drugim brzegu, trzeba się było albo cofnąć, albo wejść do jeziora i spróbować znaleźć inną drogę. Ponieważ nie chciało mi się cofać i ponownie przedzierać się przez busz, poszedłem dalej. Można było przejść. Woda sięgała po pas, po pachy, po szyję, ale można było przejść, nie trzeba było płynąć. To było dla mnie niesamowite przejście – to była moja droga, moja część, do której chciałem zaprosić innych. Szli ze mną. Obowiązywała zasada: nie wolno rozmawiać. Cisza eliminowała komentowanie tego, co się dzieje. Chodziło o wyjście poza własne doświadczenie, możliwość poznania czegoś inaczej. Dzięki temu świat poszerzał się, bo to przecież człowiek sobie stwarzał granice. Woda? Nie wejdzie tam, to nie jest jego przestrzeń. Akceptuje ulicę, ale nie może być mokro, nie będzie chodzić boso. A my chodziliśmy boso po trawie, miastowy nigdy czegoś takiego nie robił.

Janik: Jeszcze by się skaleczył w stopę.

Musiał: Niektórzy kaleczyli się, nadepnęli na coś kłującego, ale to niczego nie zmieniało. W ten sposób człowiek doświadcza. Wtedy świat rzeczy niemożliwych zmniejsza się, okazuje się, że w zasadzie wszystko jest możliwe. Jak przygotowywaliśmy ten projekt, to padały pytania: „Co chciałbyś zrobić, pewnie coś, czego nigdy w życiu nie robiłeś?”. Ludzie wymyślali różne rzeczy: ktoś chciał iść do rzeźni, bo nigdy nie był. Człowiek myśli często, że coś jest niemożliwe: tego nie można i tego nie można Nagle wszystko jest możliwe, tylko trzeba pokonać pewne przeszkody.

Zaskoczeniem dla wszystkich były też okoliczności: że działaliśmy w nocy. Zapraszałem uczestników do swojego domu. Każdy ubrał się odświętnie. Szliśmy groblą pewnie godzinę, bo droga była długa, gęste krzaki. Poza tym należało się tak poruszać jakby się było niewidocznym.

Janik: Jak zwierzę, które umie się skradać.

Musiał: Nie tworzyć ludzkiego zgiełku. Nie wolno było łamać gałęzi, należało się tylko odchylić lub przeczołgać. Skradać się, być niewidocznym. Później trzeba było wejść do wody. To też był szok dla wszystkich. Jest noc, jest zimno i nagle wchodzisz w ubraniu do wody. Przy okazji chciałem wspomnieć, że pewnego dnia w Przedsięwzięciu Góra zastąpił mnie Antoś Jahołkowski. Ciekawe było to, że ubrał swój najlepszy garnitur.

Janik: Wiedział, w jakich warunkach będzie pracować?

Musiał: Wiedział. Mówił: „Zaproszenie do mnie do domu”. W tym garniturze wszedł do wody. To było dla mnie niesamowite. Przecież to nie była jego akcja, tylko mnie zastępował. Członkowie Teatru Laboratorium głęboko rozumieli tę pracę. Byli rzetelni, w pełni zaangażowani i uczciwi w swoim działaniu. Tam nie było marginesu na pozostawienie sobie czegoś prywatnego, szło się na całość.

Janik: Bardzo pozytywnie ocenia Pan pracę zespołu. Czy jak Pan towarzyszył Grotowskiemu w wędrówce na górę w Grodźcu?

Musiał: Szliśmy trzy dni, nie pamiętam dokładnie, chyba wyruszyliśmy wieczorem, szliśmy cały dzień, by wieczorem dotrzeć do celu. Było kilka grup, które jakby krążyły wokół tej góry, było ją widać cały czas, szliśmy koło niej i w końcu dotarliśmy na szczyt. Ta wyprawa przypomina mi trochę mój bieg dookoła Fudżi, cały czas biegliśmy, cały czas było widać górę. Towarzyszył mi w górach Francuz Nathanaël. Poza doświadczeniami otwartymi, sami organizowaliśmy sobie działania: Sobótka i Radunia – 30–40 kilometrów od Wrocławia. Na Sobótce wszystko zostało zniszczone, znajduje się tam stacja telewizyjna, natomiast na Raduni jest jeszcze coś pierwotnego, ale mało. Próbowaliśmy sprawdzić, czy można tam jeszcze wejść z czymś w relację na płaszczyźnie duchowej. Poszukiwaliśmy szczególnych cech tego miejsca, czy emanuje jakąś siłą, energią itd. Takie były nasze działania w górach.

Ule w ramach Uniwersytetu Poszukiwań Teatru Narodów odbywały się w mieście. Były sitem, jeżeli komuś się podobały i chciał kontynuować pracować, to był zapraszany do Special Project. Ule były najbardziej bezpiecznym doświadczeniem, łatwo można było z nich wyjść, wycofać się. W lesie, kilka kilometrów za miastem był problem, gdy ktoś chciał zrezygnować.

Janik: Zdarzały się takie przypadki?

Musiał: Pewnie tak, ale ja ich nie znam. Ule były wstępem, dzięki nim uczestnik wiedział, że nie przychodzi się tutaj by oglądać, tylko działać.

Janik: Na przykład jeść miód placami.

Musiał: Tak, to był pomysł Ireny Rycyk.

Janik: Płomień oświetlał miejsce, ludzie poruszali się do rytmu, uderzali w drewniane elementy.

Musiał: To były ciekawe dziania, rozwijały się różnie, nie było określonej struktury, prowadzący byli ci sami – dwie, trzy osoby. [Włodzimierz] Staniewski też brał w nich udział. Pamiętam, jak mu budowałem naprędce podłogę. Dostaliśmy starą pralnię, w której później był sekretariat. Tam był pokój, który stał się gabinetem Grota.

Janik: Tam też odbywały się Ule?

Musiał: Nie, Ule odbywały się w tak zwanej dwójce, tam gdzie teraz jest Czytelnia im. Ludwika Flaszena.

Janik: Co znajdowało się w sali przygotowanej dla Staniewskiego?

Musiał: Włodek miał tam osiołka. Co on z nim robił, nie wiem. Jest takie zdjęcie, na którym widać, jak z Alikiem przybijamy na murze afisz dotyczący przedsięwzięć.

Janik: Jak przebiegały Medytacje na głos z Ludwikiem Flaszenem, uczestniczył pan w nich?

Musiał: To było później.

Janik: To było też w ramach Uniwersytetu Poszukiwań Teatru Narodów, podobnie jak Acting Therapy.

Musiał: Zgadza się, wszyscy tam byli, różne rzeczy przygotowywano. Kogoś na przykład szukanie jabłek w sianie nie interesowało, tylko gra aktorska.

Janik: I chciał na przykład popracować nad impostacją głosu?

Musiał: I miał taką możliwość.

Janik: Molik mógł z nim poprowadzić pracę.

Musiał: Całe to przedsięwzięcie Uniwersytet Poszukiwań Teatru Narodów odbywało się w ramach warszawskiego projektu [Festiwalu Teatru Narodów]. Ściągnęliśmy ludzi ze stolicy, ponieważ tam Grotowski nie mógł zaistnieć. To znaczy: „Chcecie zobaczyć, co robię, proszę bardzo, przyjedźcie tu”, ale gdyby znaleźli się tacy, którzy chcą rozwijać rzemiosło aktorskie, to na przykład Molik jest świetnym fachowcem, zrobi to. Flaszen przede wszystkim jest literatem, on zaczął swoje działania później, po wyjeździe Grotowskiego. Nie śledziłem ich. Kiedy został dyrektorem, zaczął organizować teatr. Oni prowadzili te działania tak, jak potrafili i jak chcieli, dla nich to było ważne. Grotowski powiedział, że to ma być rozwiązane. Zaczął się nowy etap dla tego miejsca.

 
  • 1. Zob. Teatr Laboratorium – propozycja współpracy, „Sztandar Młodych” 1970 nr 217, z 10 września, s. 5; Propozycja współpracy, [list do redakcji,] „Słowo Polskie” 1970 nr 215, z 10 września, s. 4; Propozycja współpracy Teatru Laboratorium, „Przekrój” 1970 nr 1327, z 13 września, s. 8.