2019-06-19
2019-07-05

Wiesław Komasa, Katarzyna Flader-Rzeszowska

Spotkanie, którego nie było

Katarzyna Flader-Rzeszowska: Kiedy pierwszy raz zetknął się pan z Jerzym Grotowskim i jego teatrem?

Wiesław Komasa: To były lata sześćdziesiąte. Grotowski coraz mocniej wchodził do teatru jako zjawisko. To było już po okresie opolskim, kiedy Grotowski przeprowadził się do Wrocławia, tworząc tu swój teatr. Miałem jednak poczucie, że na temat samego Teatru Laboratorium więcej informacji było na Zachodzie. O teatrze i „metodzie” Grotowskiego nazywanej nowoczesną, rewolucyjną ja i moi koledzy ze studiów aktorskich nie wiedzieliśmy wiele. Nie znałem wówczas żadnego spektaklu Teatru Laboratorium. Widziałem zdjęcia z Księcia Niezłomnego, słyszałem już nazwiska Ryszard Cieślak, Maja Komorowska. Komorowską widziałem później na ekranie u Zanussiego w Życiu rodzinnym, Za ścianą, podziwiałem jej środki wyrazu, które były inne, zaskakujące i widać było, że miała własne sposoby poszukiwania prawdy. Przeczytałem parę wywiadów z Grotowskim. Myśmy wiedzieli, że proponuje on inny rodzaj pracy. A jak wiadomo, student ma potrzebę buntu przeciwko temu, co daje szkoła. To normalne.

Flader-Rzeszowska: Pierwszą osobą, która zauważyła, że pana środki wyrazu też nie są klasyczne i nie przystają do tradycyjnego teatru dramatycznego, był Jerzy Jarocki.

Komasa: Miałem jako student kłopoty w porozumieniu się z prof. Jarockim, który wówczas osiągał teatralne sukcesy w Starym Teatrze w Krakowie czy w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Wiedzieliśmy jako studenci, że to jest jeden z najważniejszych polskich reżyserów i trochę nas to paraliżowało. Jarocki w pracy był bezwzględny. Przede wszystkim uczył świadomości – świadomego dobierania środków wyrazu, umiejętności analizy, umiejętności powtarzalności. Mimo iż dotarliśmy już do trzeciego semestru, to wcale te zadania nie były łatwe. Mnie osobiście metody Jarockiego były obce. Miałem nawet dwukrotnie u Profesora poprawkę na roku drugim. Moje losy jako aktora ważyły się. Udało mi się jednak, w dużej mierze z pomocą prof. Zofii Jaroszewskiej i prof. Aleksandry Górskiej, zdać i dotrzeć na czwarty rok. Grałem w spektaklu dyplomowym Gra w zabijanego Eugène’a Ionesco w reżyserii prof. Jarockiego – wspaniały dyplom, między innymi dzięki gigantycznej pracy Jarockiego nad każdym studentem. Po dyplomie niespodziewanie Profesor powiedział mi, że powinienem spotkać się z Grotowskim, ponieważ nie nadaję się do tradycyjnego teatru, a on sam widzi mnie w Laboratorium. To był dla mnie szok – Profesor, z którym miałem największe kłopoty w szkole, teraz zaproponował mi bardzo ważne spotkanie. Poszedłem do biblioteki i zebrałem wszystkie możliwe materiały na temat Laboratorium. Zacząłem szukać, dowiadywać się, czytać. W końcu Jarocki doprowadził do mojego spotkania z Grotowskim. Umówiliśmy się w kawiarni Fafik – to legendarna kawiarnia w Krakowie [przy ul. Siennej] – w której rozmawialiśmy parę godzin. Rozmowa dotyczyła życia i teatru.

Katarzyna Flader-Rzeszowska: Grotowski wiedział o panu tyle, ile przekazał mu Jarocki. Czy trochę pana sprawdzał?

Wiesław Komasa: Pewnie tak. Ale to, że spotkał się ze mną sam Grotowski, bardzo mi imponowało. Rozmawialiśmy przede wszystkim o teatrze, o prawdzie w teatrze, o pokonywaniu formy teatralnej w dochodzeniu do prawdy. Jerzy Grotowski zapytał mnie w pewnym momencie, kiedy jestem psychicznie wolny, w jakich momentach życia. Pamiętam dokładnie, co mu odpowiedziałem, ponieważ sam byłem tym zaskoczony. Odpowiedziałem, że kiedy skaczę w dal. Interesowałem się wówczas bardzo lekkoatletyką. Trenowałem skoki. Grotowski zapytał mnie, dlaczego właśnie wtedy czuję się wolny. Wyjaśniłem mu, że po prawej stronie skoczni w mojej miejscowości – Nowym Wiśniczu – jest zamek. W momencie, kiedy się odbijam z belki i otwieram ręce, to chcę dotknąć tego zamku i właśnie wtedy czuję radość pokonywania wysiłku. Po chwili Grotowski powiedział, że właśnie takich stanów trzeba szukać w aktorstwie. „Takiego momentu w pokonywaniu siebie, kiedy dotyka pan radości”.

Flader-Rzeszowska: Czy rozmawiał pan z Jerzym Grotowskim także o bieżących wydarzeniach teatralnych?

Komasa: Tak, rozmawialiśmy wówczas o Szewcach Witkacego, bo akurat było świeżo po premierze Jarockiego w Krakowie1. Mówiliśmy o tym, że aktor nieustannie powinien szukać swoich możliwości scenicznych, tak jak człowiek szuka siebie jako człowieka, swojego człowieczeństwa w życiu. Czasami aktor długo dochodzi do odwagi pokazywania swego człowieczeństwa. Grotowski zachwycony był rolami Czeladników2 i kunsztem aktorskim Juliusza Grabowskiego, który grał Sajetana Tempe, jego osiągnięciem warsztatowym. Rozmawialiśmy też o umiejętności łączenia formy z prawdą na przykładzie kreacji Marka Walczewskiego3. To były dla mnie niezwykle ważne spostrzeżenia. W pewnym momencie Grotowski zapytał mnie, czy widziałem Apocalypsis cum figuris [1968/1969]. Odpowiedziałem, że nie. Zaprosił mnie więc do Wrocławia na najbliższy spektakl.

Flader-Rzeszowska: Pojechał pan na Apocalypsis?

Komasa: Byłem pod wrażeniem możliwości pracy w zespole Grotowskiego. Wciąż bardzo mało jednak wiedziałem o tym Teatrze. Mówiono, że w Laboratorium są inne środki wyrazu, że aktor poszukuje tam prawdy, że nie gra postaci. Zacząłem rozmawiać na ten temat z profesorami. Na przykład z niezwykle ważną dla mnie Zofią Jaroszewską. Opowiedziała mi, że kiedy Juliusz Osterwa proponował jej przejście do Reduty, nie zaryzykowała, ponieważ inaczej od niego czuła teatr, ale grała nieraz z Osterwą. Rozmawiałem też z prof. Aleksandrą Górską, która mogła pracować z Grotowskim, ale została w teatrze klasycznym. Nikt nie dał mi oczywiście jasnych wskazówek, nikt nie mógł podjąć decyzji za mnie. Borykałem się więc z tym problemem sam.

Zanim pojechałem do Wrocławia odbyło się spotkanie z Wojaczkiem. W Krakowie studiowałem z Andrzejem Wojaczkiem, bratem Rafała – poety, który był już uznany i doceniany nie tylko w środowisku wrocławskim. Kiedy odwiedził swojego brata, zrobiliśmy wieczór poezji w akademiku i poznaliśmy przy okazji poezję innych wrocławskich poetów: Marianny Bocian i Janusza Stycznia. Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że Rafał tragicznie skończył. To był szok. Jechałem do Wrocławia w atmosferze dodatkowego spięcia. Prosto z pociągu poszedłem do Teatru Laboratorium.

Flader-Rzeszowska: Jakie były pana pierwsze wrażenia?

Komasa: Wszystko było tam dla mnie nowe. Zobaczyłem teatr-nieteatr, w którym unosiła się atmosfera niezwykłości. Ludzie w kolejce czekali na wejście na spektakl, bo miejsca na widowni były bardzo ograniczone. Poznałem sekretarkę Teatru Stefę Gardecką. Poszedłem na słynne Apocalypsis. I znowu wszystko jawiło się jako coś nieznanego. I mała sala bez sceny, i skoncentrowani aktorzy siedzący przed rozpoczęciem spektaklu, i cicho wchodząca publiczność. Był tłum ludzi na widowni i tłum ludzi na korytarzu zapisujących się już na następne przedstawienia. Na spektaklu siedziałem obok Grotowskiego, więc moja uwaga była podzielona – na akcję i na dyrektora. To nie było łatwe. Oczywiście zachwycałem się sprawnością aktorów, ich głosem, sposobem mówienia, niezwykłym śpiewem, wielkimi emocjami. Dokładnie do dziś pamiętam sceny z tego spektaklu, np. bieg Cieślaka i jego ostatni monolog. Pamiętam scenę z Elizabeth Albahacą i miednicą. Widzę to wyraźnie. Miałem jednak po spektaklu poczucie jakiegoś niespełnienia – mimo wszystko nie dotknąłem takiego katharsis, jakie przeżywałem po koncertach Demarczyk, a potem po Wyzwoleniu Konrada Swinarskiego4, czy po Końcówce z Mają Komorowską we Wrocławiu5. Czegoś takiego nie przeżyłem. Spektakl Grotowskiego mnie zaszokował, ale nie dotknął.

Flader-Rzeszowska: Nie ułatwiło to z pewnością decyzji o pozostaniu we Wrocławiu.

Komasa: Po przedstawieniu Grotowski powiedział: „No, to podpisujemy umowę”. Przeprosiłem go wówczas i przyznałem się, że podpisałem już umowę w Kaliszu z dyrektor Izabellą Cywińską. To był wówczas głośny teatr zespołowy. Grotowski odpowiedział: „Proszę pana, to nie jest żaden problem, żadna bariera. Przecież może pan zerwać umowę”.

Flader-Rzeszowska: To była wiosna 1971 roku. Prosto z Wrocławia ruszył pan do Kalisza?

Komasa: Tak, przyszedłem nad ranem do Domu Aktora. Obudziłem dyrektor Cywińską i wszystko jej opowiedziałem. Cywińska stanowczo stwierdziła: „Nie zerwę tej umowy. Już jest pan obsadzony w Ślubach panieńskich u Maćka Prusa. Będzie pan grał Albina”. Pomyślałem, „O Boże, ja nie umiem i nie lubię grać Fredry”. Chodziło mi jednak o etykę zawodową. Zerwać pierwszą umowę? Po rozmowie z dyrektor Cywińską pojechałem do Wrocławia i powiedziałem Grotowskiemu, że nie udało mi się zerwać kaliskiej umowy. Grotowski bardzo spokojnie odrzekł: „Widocznie panu nie zależało”. Cóż mogłem odpowiedzieć? Grotowski spojrzał i dodał jeszcze „Życzę panu odwagi na samego siebie”.

Flader-Rzeszowska: I zagrał pan Albina w Ślubach6.

Komasa: Tak, zagrałem.

Flader-Rzeszowska: Czy kiedy tworzył pan tę postać, nie myślał pan o Wrocławiu i Teatrze Laboratorium?

Komasa: Myślałem, miałem w sobie rozdarcie. Ale szczęśliwie spotkanie z Maćkiem Prusem było ważne, a spektakl – Śluby panieńskie – piękny. Jak się potem dowiedziałem, Prus jakiś czas spędził w Teatrze Grotowskiego. Maciek był wówczas wschodzącym, bardzo dobrym, ciekawym reżyserem. Ale chciałem szybko pokazać dyrektor Cywińskiej i sobie, że potrzebne są mi w pracy inne przestrzenie artystyczne. Zrobiłem natychmiast monodram Wołający [1971]. Młody aktor bardzo tęskni za rolami dramatycznymi, mniej marzy o rolach komediowych.

Dzięki monodramowi znowu wszedłem w środowisko Wrocławia. Zaprzyjaźniłem się z grupą ludzi z Laboratorium. By w dalszym ciągu być jak najbliżej nich, zrobiłem następny monodram Moja bajka [1972], który zadedykowałem Mai Komorowskiej za tytułową rolę w Antygonie Helmuta Kajzara7.

Flader-Rzeszowska: Krytycy, między innymi Tadeusz Burzyński, pisali, że pana aktorstwo jest wstrząsające, żarliwe, przepełnione bólem istnienia.

Komasa: Po moich monodramach dziennikarze pisali nawet, że stosuję środki wyjęte żywcem z teatru Grotowskiego. Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy, natomiast zdawałem sobie sprawę, że w sposób naturalny krążę cały czas koło Teatru Laboratorium. Napisałem list do Grotowskiego, w którym narysowałem koło, jako symbol mojej sytuacji. I przekazałem go przez Stefę. Grotowski powiedział, że jeśli będę tak myślał za rok, to on mnie zaprasza do wspólnej pracy.

Flader-Rzeszowska: To był już jednak czas, gdy Grotowski wychodził poza teatr.

Komasa: Tak, robił już akcje parateatralne, otworzył Brzezinkę. Szedł w inną stronę ze swoim wędrowaniem. Nasze drogi nie połączyły się. Zrozumiałem dużo później, że teatr to jest praca zespołowa, to spotkanie międzyludzkie. To, co mieliśmy w teatrze kaliskim, teatrze poznańskim czy u Janusza Wiśniewskiego, było tego dobrym przykładem. Po wielu latach zagrałem w Do Damaszku u Marcina Jarnuszkiewicza8. Miałem telewizyjny wywiad przy okazji premiery. Mówiłem o swoim bohaterze, że szuka siebie, potyka się, ale ciągle szuka, chce czegoś się dowiedzieć z tych potknięć o sobie samym. Okazało się, że tę wypowiedź słyszał Grotowski. Był wtedy we Wrocławiu. Przekazał mi przez redaktora telewizyjnego pozdrowienia. Czy mnie wtedy skojarzył? Nie wiem. Ale Grotowski jakoś cały czas krążył koło mnie. Decyzji, którą podjęła za mnie intuicja, nie żałuję. Wykonywałem swoją pracę trochę z boku, sam dla siebie, po swojemu, ale w jakimś sensie odnosiłem ją do poszukiwań Laboratorium.

Flader-Rzeszowska: Co, po blisko pięćdziesięciu latach, zostało z tamtych spotkań z Jerzym Grotowskim?

Komasa: Kiedy teraz pracuję ze studentami czy robię warsztaty teatralne, to zawsze pracę tę nazywam „Odwaga na samego siebie”. Nic lepszego nie wymyśliłem przez te lata, niż to, co Grotowski nazwał. Mieć odwagę na samego siebie, to znaczy mieć powód wyrażania siebie przy użyciu środków formalnych. Bardzo mi się podobało, że pod koniec życia Grotowski mówił, że jest wiele metod, ale naprawdę jest tylko jedna metoda – metoda dochodzenia do siebie.

Miałem właściwie z Grotowskim spotkanie, którego nie było. Rok temu w ramach Festiwalu Teatru Jednego Aktora grałem na scenie Teatru Laboratorium monodram Różewiczogranie [2015]. Odważyłem się pewne fragmenty, które zapamiętałem z Apocalypsis, wstawić w monodram.

Flader-Rzeszowska: Chodzi panu o gesty, ruch czy jakiś rodzaj emocji?

Komasa: Zaśpiew „tarabum”. Wykonałem to, kiedy mój bohater opowiada o dzieciństwie: kiedy był wolny, kiedy biegał z rozwartymi ramionami po ulicy, po całym świecie. I wtedy zacząłem śpiewać „tarabum” (u Grotowskiego dźwięki te miały przypominać słowa „taki ból”). Z widowni, która tam była, może tylko Stefa wiedziała o co chodzi… To było dla mnie ważne… Grotowski zostawił we mnie do dziś potrzebę czujności na prawdę w teatrze.

Flader-Rzeszowska: Na pana artystycznej drodze ważne miejsce zajmuje przywoływana już wielokrotnie Maja Komorowska, która była w Laboratorium i poznała sposób pracy Grotowskiego. Od czternastu lat gracie Państwo w dwuosobowym spektaklu Mimo wszystko9. Czy w aktorstwie Mai Komorowskiej dostrzega pan coś wyjątkowego?

Komasa: Aktorstwo Mai Komorowskiej jest wyjątkowe. To mnie zachwycało, odkąd ją zobaczyłem. Marzyłem od dawna, by mieć okazję spotkania się z nią w pracy. Występowaliśmy razem wielokrotnie podczas Tygodni Kultury Chrześcijańskiej na koncertach w Polsce. Myślę, że Maja ma swój własny, bardzo oryginalny sposób poszukiwania roli. Wprowadza swoje doświadczenia w życie postaci, którą gra. Rola jest tutaj służebna wobec wyrażania człowieczeństwa. Ciągle się tego uczę od Mai. Ona szuka przestrzeni psychologicznej poza słowami. Wprowadziła nawet określenie „pejzaż słowa”. To, co dzieje się pod słowem, w pejzażu słowa, jest przecież najciekawsze.

O autorach

Wiesław Komasa
Katarzyna Flader-Rzeszowska

  • 1. Reżyseria Jerzy Jarocki, scenografia Krystyna Zachwatowicz, prem. 12 czerwca 1971, Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.
  • 2. Grali ich Jerzy Trela (Czeladnik I) i Jerzy Bińczycki (Czeladnik II).
  • 3. Marek Walczewski grał Prokuratora Scurvy.
  • 4. Reżyseria Konrad Swinarski, scenografia i kostiumy Kazimierz Wiśniak, muzyka Zygmunt Konieczny, premiera 30 maja 1974, Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.
  • 5. Reżyseria Jerzy Krasowski, scenografia Wojciech Krakowski, plastyka ruchu Janusz Pieczuro, premiera 17 lutego 1972,Teatr Polski we Wrocławiu.
  • 6. Śluby panieńskie czyli Magnetyzm serca, reżyseria Maciej Prus, scenografia Łukasz Burnat, premiera 9 października 1971, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu.
  • 7. Reżyseria, transkrypcja Helmut Kajzar, scenografia Jerzy Nowosielski, muzyka Stanisław Radwan, premiera 15 maja 1971, Teatr Polski we Wrocławiu.
  • 8. Reżyseria, adaptacja Marcin Jarnuszkiewicz, scenografia Katarzyna Jarnuszkiewicz, opracowanie muzyczne Marcin Jarnuszkiewicz, Mirosław Jastrzębski, premiera 28 kwietnia 1994, Teatr Szwedzka 2/4.
  • 9. Reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, scenografia Maciej Preyer, muzyka Krzesimir Dębski, premiera 19 kwietnia 2005, Teatr Współczesny w Warszawie.