2011-06-10
2014-04-07

Christian Nadin

Wspomnienie

Zygmunt Molik pozostawił niewymazywalny ślad w duszy i pamięci wszystkich tych, którzy mieli szczęście poznać jego naukę i którzy przyjęli ją nie tyle jako formę przekazu określonej wiedzy, ale przede wszystkim jako swoisty dar. Odszedł, pozostawiając bliskim mu osobom wspomnienie swej obecności. Żaden ze śladów, które pozostawił, nie przywołuje ostentacyjnie wielkości jego osoby. A to dlatego, że miał wystarczający dar dostrzegania tego, co śmieszne, by samemu nie popaść w śmieszność. Z tego punktu widzenia, wskazywanie go jako mistrza w jakiejś dziedzinie można by uznać za niemal obraźliwe.

Są jednak takie prawdy, które trudno nam zaakceptować, nawet gdy nie należymy do tego świata. A to jest właśnie jedna z tych prawd. Nie był profesorem, ani też pedagogiem. Był po prostu mistrzem. Mistrz wpisuje się w relacje przynależności wobec tego lub tych, do których wyciąga dłoń. Naucza, jak trzymać się prosto, jak iść do przodu o własnych siłach, a w przypadku wyjątkowych trudności rozjaśnia nam drogę. Ale nie mówi, jak mamy to zrobić, ani dokąd podążać. Ma za zasadę przysłowie rabinów: „Nie pytaj o drogę kogoś, kto ją zna – nie mógłbyś się wtedy zgubić”. To, co ofiaruje nam mistrz, jest nieuchwytne, trudne do wyrażenia, a mimo to zasadnicze. Wydaje się pozbawione wagi, gdyż jego wartość jest odmierzana przez tych, którzy ów dar otrzymują.

Przywołując Zygmunta jako mistrza, można powiedzieć, że był mistrzem bez religii, a więc bez apostołów. Jak więc stworzyć szkołę, gdy przywiązuje się taką wagę do wolności światopoglądów? Potrafił być czasami ostry, gniewny, niemal gwałtowny w swoich reakcjach, ale nie widziałem nigdy, by atakował kogoś jako osobę. Był mistrzem, a nie zwykłym guru.

Zygmunt pozostawał zawsze sobą – śpiewając, jedząc, śmiejąc się czy pijąc. Wydawało się, że w każdej sytuacji nie ma nic do ukrycia. Jednocześnie niechętnie uzewnętrzniał samego siebie. Tak to już jest, że szczodrobliwość towarzyszy najczęściej skromności i powściągliwości. Poza wspólną pracą miałem okazję spędzić z nim zaledwie kilka chwil, trudno by mi więc było stwierdzić, że znałem go w pełni. Nasze spotkania były na to zbyt krótkie. A mimo to mogę stwierdzić bez przesady, że czuję zawsze przy sobie jego obecność. Pozostaje cały czas blisko, w łagodnym cieniu, gotowy mocno chwycić mnie za ramię, by oderwać mnie od jakiejś żałosnej sytuacji, mówiąc mi lakonicznie: „Posłuchaj!”.

Z pewnością, gdybym spotkał Zygmunta wcześniej lub trochę później, jego wpływ na moją drogę zawodową byłby zgoła odmienny. Ale w tych określonych okolicznościach i tak okazał się determinujący. Nic nie ułożyłoby się dla mnie na przestrzeni tych dwudziestu lat tak samo, gdybym go nie spotkał. To, co uważam za najważniejsze w mojej prawdzie na temat teatru, zawdzięczam Zygmuntowi. Ale raz jeszcze powtórzę, że nie jest to prawda nakierowana na przekonywanie innych. To prawda, która nasyca się bogactwem różnorodności, pod warunkiem, że potrafimy ją oddzielić od tego, co jest tylko jej otoczką.

Nie potrafię wyrazić więcej, by nie popaść w schemat okolicznościowej przemowy. Zamilknę więc, próbując jedynie podążać za radą mistrza: „Posłuchaj!”

Żegnaj, Zygmuncie, i pomyślnej drogi.

Przekład Jacek Toldowski

O autorze »