2011-11-29
2014-04-07

Ireneusz Guszpit

MO – czyli kto?

Matylda Osterwina, Ireneusz Guszpit, Kraków początek lat 80., archiwum prywatne autoraLitery MO – nie opatrzone jakimkolwiek wyjaśnieniem – kojarzono w minionych czasach ludowej ojczyzny ze stojącymi na straży ładu i porządku oddziałami milicji obywatelskiej. Niewielu widziało w nich coś więcej, czyli inicjały Matyldy Osterwiny: żony Juliusza Osterwy, córki austriacko-polskiego książęcego małżeństwa, bratanicy spoczywającego u stóp wawelskiej srebrnej trumny kardynała, krewnej i przyjaciółki arystokratycznych rodów, magister historii i długoletniej etatowej pracownicy krakowskiego Muzeum Narodowego, oddanej społeczniczki i dyskretnej działaczki ówczesnego polskiego ruchu nieposłuszeństwa, kobiety bezkompromisowej, spontanicznej i ekstraordynaryjnej. Jej koligacje budziły – oprócz zainteresowania historyków – zazdrość i rozmaicie objawianą klasową zawiść, nazwisko męża przysparzało kłopotów z natrętnymi badaczami jego artystycznej spuścizny i włączało w szeroki obieg środowiskowej plotki i anegdoty, osobowość i sposób bycia uczyły wyzutej z wszelkiej ksenofobii otwartości, mądrej ironii, dystansu i swoistej, bezpretensjonalnej pryncypialności.

Zamierzchły początek jej ziemskiej obecności jawił się tak: „5-go lipca [1906 roku – I.G.] urodziła się nam tęga córeczka, którą ksiądz Adam ochrzcił na trzeci dzień na imiona Maria Matylda Filomena Antonia Gerarda. [...] Dzieciątko było zdrowe i rozkoszne”1. Każde z pięciu nadanych imion ma swojego, najczęściej niejednego przedstawiciela w panteonie katolickich świętych obojga płci. Zaliczyć je można zatem do kategorii tych, które w antycznej Grecji określano mianem theofora. Były to imiona zapożyczone od bogów w celu zapewnienia osobie je noszącej stosownej opieki. Ale nadanie imienia, a tym samym odwołanie do konkretnych cech i szczególnego rodzaju mocy sprawczych świętego patrona, może również oznaczać symboliczne wezwanie do aktywnego praktykowania życia zorientowanego na podobne wartości i zadania; oczywiście z pełną świadomością odmienności czasu i miejsca akcji. W taki oto sposób „rozkosznemu dzieciątku”, nieświadomemu kierunków przyszłych peregrynacji, zagwarantowano niebiańskie wsparcie oraz wyposażono je w szczególnego rodzaju wiano intencji, pobożnych życzeń i duchowych sugestii pomieszczonych w towarzyszących mu od momentu chrztu żywotach świętych postaci.

Podstawowym źródłem, którego zawartość pozwala towarzyszyć procesowi fizycznego wzrastania „tęgiej córeczki” oraz jej wszechstronnego dojrzewania, są opublikowane wspomnienia Matki. Wizerunek dorosłej Matyldy jawi się niejako przy okazji pisania o jej mężu, dla mnie – także w kontaktach bezpośrednich. Miałem szczęście i zaszczyt znać Panią Matyldę, i w latach 1976–1982 wielokrotnie się spotykaliśmy. W krakowskim mieszkaniu przy Pijarskiej 5 nierzadko spędzałem całe dnie – od wczesnego śniadania po późną kolację, po której niekiedy dostawałem jeszcze do kieszeni kanapkę na powrotną podróż do Wrocławia. Rozmowy zapisała krucha pamięć; ponadto w domowym archiwum troskliwie przechowuję pokaźny stosik korespondencji. Wszystkie te świadectwa dają podstawy do snucia szczególnej, na poły fantastycznej opowieści o konkretnym życiu odnajdywanym w noszonych przez człowieka imionach...

Maria.

Rodowód imienia

wywodzony bywa z rozmaitych kultur i języków. Zwolennicy pnia hebrajskiego upatrują jego źródeł m.in. w wyrazie: być tłustym, co w dalszym znaczeniu przenośnym może być rozumiane jako: być pięknym, wspaniałym. Korzenie semickie każą w tak nazwanym dziecku widzieć: dziewczynkę, której narodzenie napawa rodziców radością. Natomiast egipskie meri-jam to po prostu: ukochana przez boga. Taką była – dla chrześcijan – Maria, matka Jezusa oraz nader liczny orszak świętych Marii.

Wiemy już, że maleńka księżniczka była u zarania swoich dni dziewczynką tęgą. A księżna matka nie skrywała radości, jakiej dostarczało rosnące dziecko; mówiła o niej: „prawdziwy promyk słońca”2. W mroźne lutowe dni 1911, w przytulnych pokojach dworu w Siedliskach notowała: „Przez prawie tydzień szalał wiatr ze śnieżycą, wrogi żywioł rozpętany! Wtedy Tilka jest najmilszą pociechą i rozweseleniem, taka dzieweczka wesoła, jak kwiatek otwierający się do słońca, przyjmuje wszystko dobre i piękne, co jej się tłumaczy i opowiada”3.

Matylda.

Germańskie, arystokratyczne w brzmieniu imię, skrywa swą etymologię w dwóch wyrazach: macht (moc, siła) i hiltia (walka), co w połączeniu znaczy: silna i odważna w walce. Nosiła je m.in. cesarzowa z Westfalii, matka św. Brunona i cesarza Ottona I, a po latach również siostra ojca księżnej matki – Matylda Windisch-Graetz, na cześć której tak właśnie ochrzczono noworodka.

Dziewczynka miała silną i wyrazistą osobowość. Była ciekawa świata, uparta, wysportowana, skłonna do podejmowania ryzyka, na swój sposób bezkompromisowa. Guwernantki uczyły ją gimnastyki rytmicznej, wiejskie otoczenie kusiło nieznanymi przedmiotami i urządzeniami. W sierpniu roku 1913 „Tilka miała poważny wypadek. Włożyła dłoń do sieczkarni [...]. Ta biedna rączka pełna krwi była straszna i musi pozostać zabandażowana przez wiele tygodni”4. W 1915 rodzice oddali ją „do Zakładu Niepokalanek w Sączu, decyzja była ciężka, zwłaszcza co do Tileczki”5. Młoda pensjonarka ciężko znosiła swego rodzaju utratę wolności. Po latach opowiadała, że w buncie przeciwko rygorowi zamknięcia wylewała przez okno barszcz z czerwonych buraczków, którym uczennice były karmione.

Maria Osterwa-Czekaj, Ireneusz Guszpit, archiwum prywatne autora„Tilka była pełna życia i ochoty do wszystkiego”6, aż znajomi doradzali: „tylko nie gaście ją, ona tak tryska żywotnością”7. Znakomicie jeździła konno, wiosłowała, lubiła pływać. Wspominając spędzony w Cannes koniec roku 1924 księżna zanotowała: „To były ostatnie dni listopada i było jeszcze tak ciepło, że Tilka mogła się przez cały grudzień, do połowy stycznia kąpać w morzu”8. W latach późniejszych prowadziła automobil i nie bała się wsiąść do szkoleniowego dwupłatowca.

„Zimą 1927 r. pojechałam pierwszy raz do Warszawy z Tilką na karnawał. [...] Tilka podobała się dla swojej prostoty i wesołości, tańczyła wcale dobrze i miała ładne suknie”9. Karnawałowe bale pełniły rolę swoistego biura matrymonialnego i tak też postrzegała je zapobiegliwa, zatroskana matka: „Taka szkoda, że się wtedy nie mogła za mąż wydać... nie było okazji! To by oszczędziło wielu niepokojów, rozczarowań, może miałaby korzystniejsze i prostsze warunki rozwoju”10. Wyjazd powtórzono w roku kolejnym, także bez widomych efektów: „Panienki nie zawsze mnie zadowalały, bo razem dokazywały. Pamiętam jeden wieczór, kiedy ciągle wysiadywały z synem posła portugalskiego, który wprawdzie był przystojnym i wesołym chłopcem, ale niekoniecznie trzeba było cały wieczór nim się zajmować!”11. Charakterologiczne, a może właśnie przypisane imieniu, cechy córki były – zdaniem ojca – zasadniczym powodem, dla którego w domu nie pojawiał się zięć: „A Tilka!... z najgłupszymi pannami się ludzie żenią, a taka panna siedzi! Istotnie trudno zrozumieć! Winne jej usposobienie wybuchowe i straktowywanie ludzi [podkr. moje I.G.], no i brak wielkiego posagu!”12.

W trakcie podróży po Francji w roku 1930, w tajemnicy przed matką, młoda księżniczka zaczęła palić papierosy. Paliła po kres swych dni i to zdecydowanie niewyszukane – nawet jak na PRL – marki: sporty, ale również klubowe, z rzadka giewonty. Paleniu towarzyszył określony ceremoniał, którego źródeł upatrywać należy w jakości używek. Wyjęty z paczki papieros zawsze był długo i delikatnie zmiękczany palcami, tak aby nadmiernie zbity tytoń dał płucom szansę na zaciągnięcie się. Następnie energicznie stukano jego dwoma końcami o blat stołu, by – przynajmniej wizualnie – uklepać wystające z bibułki drobiny liści. I już można było oddać się rozkosznemu nałogowi...

Miarą jej siły i odwagi, a więc niejako potwierdzeniem prawa do noszenia nadanego imienia, była decyzja o poślubieniu Juliusza Osterwy. Reakcja księżnej matki unaocznia skalę wstrząsu, zaskoczenia oraz niedowierzania: „Tilka spędziła zimę [1937 roku – I.G.] w Warszawie [...]. Po ostatnich dniach karnawału pojechałam na kilka dni do niej. Przyjechawszy o pierwszej w nocy, po pierwszym przywitaniu oznajmiła mnie, że jest ktoś, który się jej oświadczył, i że ten ktoś, któremu ona sprzyja, to jest... Juliusz Osterwa!

Można sobie wyobrażać, jak ta wiadomość na mnie podziałała! Nie pamiętam, jakie były nasze pierwsze słowa po tym oświadczeniu... ale wiem, że ta noc była najcięższą, którą kiedykolwiek przeżywałam!!! Przygniatało mnie całe brzemię odpowiedzialności za to, że Tilkę pozostawiłam samą sobie, nie wiedziałam zgoła nic o Osterwie, o jego charakterze i wartości moralnej, o jego przeszłości i teraźniejszości. Wedle moich dotychczasowych pojęć i wyobrażeń, zawód aktorski był dla mnie najzupełniej obcy i niesympatyczny. Mogę, zdaje mi się, szczerze powiedzieć, że mnie głównie męczyły względy moralne, choć zapewne moje przesądy «arystokratyczne» i «co ludzie powiedzą» także pewną grały rolę.

Wielka różnica wieku, 20 lat, najzupełniej obce środowisko, brak rodziny, jakiegokolwiek backgroundu, który mógłby być pewnym oparciem dla mężatki, zawód i przyzwyczajenia artysty teatralnego zdawały mi się tak nie odpowiadające temperamentowi i charakterowi Tilki, nie dając jej tego oparcia, tej stałości w warunkach życia, które jej usposobienie wymagało. Wreszcie to wszystko mogło być zawrotem głowy, rozmiłowaniem się w pierwszym mężczyźnie, który wyznał jej miłość. Dość na tym, że byłam w okropnej rozterce [...]. Tilka, jak to zwykle bywa w podobnych wypadkach, nie mogła zrozumieć, że mogę mieć wątpliwości!

Poszłam więc na drugi dzień do pani Marylki Sobańskiej13, o której wiedziałem, że zna od dawna Juliusza Osterwę. Była ogromnie zdziwiona, dowiedziawszy się, co mnie sprowadza, niemniej uspokoiła mnie, opowiadając szczegółowo o charakterze moralnym mego przyszłego zięcia.

Byłam także u księdza Konstantego Michalskiego i modliłam się, jak tylko mogłam. Rozmowa moja z Osterwą prowadziła do tego, że postawiłam warunek, by decyzja (z mojej strony, bo Tilka była zupełnie zdecydowana [podkr. moje – I.G.]) nie zapadła przed powrotem naszego Arcybiskupa z Kongresu Eucharystycznego w Manilii. Choć wiedziałam dobrze, że nasz kochany Arcybiskup żadnego istotnego wpływu wywierać nie będzie, chciałam tym sposobem zyskać na czasie [...]”14.

Sprawczyni tego trzęsienia ziemi wspominała po latach, że dopiero w maju, w należącym do rodziny Windisch-Graetz zamku w Saros Patak „pierwszy z rodziny, wuj Ludwik od progu powitał mnie radosnym: «Jesteś zaręczona? Masz pierścionek, pokaż!» – nikt z moich najbliższych tym się nie zainteresował... [podkr. moje –I.G.]”15.

Filomena.

Program przedstawienia "Rzecz o idei", archiwum prywatne autoraTak brzmi żeńska wersja imienia Filomen, wywodzonego od phileo (kochać, miłować). Można je rozumieć jako: kochana, umiłowana przez tych, którzy z tak nazwaną osobą obcują, ale także: obdarzająca podobnymi uczuciami. Życzliwość, serdeczność, sympatia, troskliwa zapobiegliwość, gotowość do pomocy, bezpretensjonalność w okazywaniu wzruszeń – miałem szczęście doznawać oraz być bliskim świadkiem takich stanów.

Jednym z głośniejszych romansów jej męża po śmierci pierwszej żony Wandy (1929 r.) był związek z Hanką Ordonówną. Nasza bohaterka nie tylko nie czuła do niej cienia niechęci, ale wręcz upominała, by nie nazywać jej „artystką kabaretową”. Pisała16: „Ależ to była wspaniała pieśniarka [...]. Była też na pewno dobrą aktorką, widziałam ją w tym Poskromieniu złośnicy17– nie wiem, jakie były osądy jej gry, zresztą na pewno plotki o «sprawie» z J.O. grały u tych tutejszych pismaków a`la Kaz.[imierz] Piotrowski18 ważniejszą od oceny artystycznej rolę. Znałam jej męża Tyszkiewicza, po wojnie, w Monachium, był to poeta i człowiek pełen uroku. Wywieziony w 39 r. razem z Hanką, opowiadał mi to wszystko i po niej rozpaczał [...]. Byłam akurat w Monachium, jak umarł Tyszkiewicz, jego rodzina zapomniała włożyć z nim do grobu chustkę Hanki, którą trzymała w chwili śmierci i parę innych po niej pamiątek, przywiozłam to tu i oddałam Elżuni Ost.[erwiance]19”.

Twórcy programu "Rzecz o idei" z Marią Osterwą-Czekaj i Matyldą Osterwiną, Kraków 1980, archiwum prywatne autoraWiosną 1980, wspólnie z kilkorgiem studentów wrocławskiego Wydziału Lalkarskiego, przygotowałem przedstawienie Rzecz o idei, oparte na tekstach Osterwy oraz o Osterwie i Reducie. Pokazywaliśmy je w Krakowie w PWST, a także w kościele OO. Dominikanów, co umożliwiły kontakty Pani Matyldy. O spektaklu, który wywołał skrajne reakcje, napisała: „Przecież ten wasz występ to prawdziwy wkład w tę «polską kulturę!» i warto go upowszechniać. Trzeba też było po występie umożliwić dyskusję, bo podczas niej mogło paść parę pytań i wyjaśnień co do historii Reduty, przecież nikt jej nie zna”20. Miesiąc później autorka gościła we Wrocławiu jako honorowy gość, współorganizowanej przeze mnie na Wydziale Aktorskim, ogólnopolskiej konferencji naukowej „Juliusz Osterwa i Reduta”. Nigdy nie zapomnę jej łez wzruszenia po wygłoszonym referacie oraz publicznie wypowiedzianych słów najwyższej akceptacji wobec przedsięwzięcia. A wieczór – wraz z zaprzyjaźnionymi studentami – spędziliśmy w niewielkim pokoju nieistniejącego już hotelu „Panorama”. Siedzieliśmy na podłodze przy soku, ciasteczkach i odrobinie bułgarskiego wina, a Filomena obdarowywała nas opowieściami z minionego świata.

Antonia.

U początków imienia stoi łaciński Antonius, wywodzony z rzymskiego rodu Antoniuszów, któremu przypisuje się wspaniałość, doskonałość, wybitność. Taka też musi być Antonia. Warto jednak wspomnieć, że w kościele katolickim najbardziej znanym przedstawicielem tak ochrzczonych świętych jest św. Antoni Padewski, patron rzeczy zgubionych, skradzionych, zapodzianych.

Niekwestionowaną wielkością Pani Matyldy był dystans i subtelna ironia wobec siebie. Przez innych bywała uznawana za wybitną, chociaż księżna matka miała na ten temat opinię zdecydowanie nie tak jednoznaczną: „Na wiosnę [1924 roku – I.G.] Tilka zdała maturę w Sączu i od tego czasu wróciła na stałe do domu. Jej nauczycielki, siostry niepokalanki, radziły, by poszła na uniwersytet, uważały ją za wybitnie zdolną [podkr. moje – I.G.] i nie nadającą się do wykształcenia gospodarskiego, nie wiem, czy one dobrze radziły, bo te lata uniwersyteckie nie wydawały się wpływać dosyć korzystnie na jej rozwój umysłowy i moralny, nie chcę tu nic ujemnego powiedzieć, tylko pewien brak wyrobienia, poważnego zainteresowania i zastanowienia. Za moją radą poszła na historię, zdawało mi się, że to przedmiot więcej interesujący od innych, ale to właściwie zawiodło, skończyła magisterium i pożegnała naukę na razie. Teraz tego żałuje i ma pewny żal do mnie, że lepiej nie poradziłam! Nie wiem, czy trafiła na profesorów nie umiejących budzić zapał do przedmiotu, czy poziom nauki odpowiadał wtedy do niskiego poziomu słuchaczy powojennych, czy wprost była leniwa [podkr. moje – I.G.], dosyć że wynik tych studiów nie zadowalał ją ani nas!”21.

Na pewno nie była ulubienicą św. Antoniego. Często coś gubiła, zapominała, pozostawiała w przypadkowych miejscach. Po, wspominanym wcześniej, pobycie we Wrocławiu pisała: „Dojechałam do Szymanowa doskonale – z lotniska zabrali mnie na odpowiedni dworzec kolejowy jacyś mili ludzie, tam spotkałam zakonnicę niepokalankę i razem dotarłyśmy do stacji Szymanów, gdzie od razu trafił się autobus, więc dzięki dobrym myślom wrocławskim nie było trudności! [...] A teraz kłopoty: przepadł mi maszynopis pańskiego referatu, czym jestem zrozpaczona – zdaje się, że w Szymanowie zabrałam coś, a to zostawiłam...! Słowem katastrofa prawdziwa... Po drugie – czy przypadkiem moglibyście w tym hotelu zapytać, czy nie znaleźli paska wełnianego, podbitego skórą, brązowego, od tej mojej sukni wełnianej, koloru kawy mlecznej? Pokój miałam 104, no trudno, zawsze gdzieś coś zapominam, taki los”22.

Gerarda.

Kolejne imię germańskie, wynik połączenia wyrazów: ger (oszczep) i harti, herti (siła, silny, mężny). Zatem Gerard to: mężny oszczepnik, albo też: sprawujący władzę (oszczep stanowił jej symbol). Żeńską formą imienia jest Gerda, przyjaciółka Kaja z Królowej śniegu, baśni Jana Christiana Andersena. Kościół katolicki ma św. Gerarda, biskupa męczennika, zamordowanego na Węgrzech w 1046 roku, którego pomnik – znany jako św. Gellerta – stoi na wzgórzu w Budapeszcie.

Świadectwa sprawowania przez bohaterkę niniejszego szkicu władzy są więcej niż skromne. Chory ojciec, którym ofiarnie opiekowała się w 1934, mówił: „Oho, idzie nasz żandarm”23. Wiadomo, że w roku 1939, podczas majowo-czerwcowego redutowego objazdu kraju ze spektaklem Powrót Przełęckiego Jerzego Zawieyskiego, Osterwa przydzielił żonie obowiązki „gospodarza wagonu”. W liście do córki informował: „Tila [...] w drodze była «gospodarzem wagonu» i wprowadziła wzorowy porządek. Wszyscy są nią zachwyceni – nie mniej ode mnie”24. Miesiąc później – 18 lipca – zanotował w diariuszu kolejnej wyprawy: „Tila pomaga w kasie, bo brak ludzi”, a trzy dni później przypisał żonie funkcję: „księgowy grupy”.

+++

W lipcu 1941 roku, do jednego z prowadzonych przez Osterwę zeszytów, Maria Matylda Filomena Antonia Gerarda wpisała: „Przeżywszy 35 lat konstatuję, że otoczenie traktuje mnie jak nieznośną dziewczynkę 12-letnią. Oczywiście jest to moja wina, że nie umiałam narzucić ludziom swej powagi – której nie mam – bo nic gruntownie nie umiem, w niczym nie jestem «asem»! Zdaję sobie też sprawę, że wszystko, czego dowodzę i co wygłaszam, «nic mnie nie kosztuje» – przykro mi jest jedynie, że mój mąż nigdy po mojej stronie nie staje, przeciwnie. Dzisiejsza ewangelia mówi o sługach, którzy otrzymali od Pana talenty. Niestety muszę przyznać, że ja swój «talent» zakopałam. Idę zawsze po linii najmniejszego oporu – wychodząc za mąż uznałam, że wszystko wypełnię w stosunku do społeczeństwa, jeżeli będę dbać o mego męża, który jest jednostką społecznie bardzo czynną”25.

Jeżeli to prawda, to na ile była to wina imion?

Matylda Osterwina oraz przepisany fragment "Modlitwy o łaskę pogody ducha" Tomasza Morusa przepisana jej ręką, archiwum prywatne autora

O autorze »

  • 1. Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna: My i nasze Siedliska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 145.
  • 2. Tamże, s. 161.
  • 3. Tamże, s. 198.
  • 4. Tamże, s. 227.
  • 5. Tamże, s. 278.
  • 6. Tamże, s. 373.
  • 7. Tamże, s. 373.
  • 8. Tamże, s. 397.
  • 9. Tamże, s. 420.
  • 10. Tamże, s. 420.
  • 11. Tamże, s. 420.
  • 12. Tamże, s. 516.
  • 13. Maria Sobańska, wieloletnia przyjaciółka rodziny Sapiehów.
  • 14. Tamże, s. 614–616.
  • 15. Tamże, s. 619.
  • 16. List z 4 sierpnia 1977 roku.
  • 17. Premiera dramatu Szekspira, w reżyserii Tadeusza Białkowskiego, miała miejsce w krakowskim Teatrze im. Słowackiego 16 lutego 1935. Ordonówna grała rolę Katarzyny, Osterwa – Petrucchia.
  • 18. Kazimierz Piotrowski (1890–1962), lekarz ginekolog, recenzent „IKC”.
  • 19. Córka Osterwy z pierwszego małżeństwa.
  • 20. List z 15 kwietnia 1980 roku.
  • 21. Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna: My i nasze Siedliska, s. 391. Gwoli uzupełnienia wykształcenia, warto przytoczyć komentarz Marii Osterwy-Czekaj, córki bohaterki tego szkicu: „dyplom magistra filozofii UJ uzyskała w 1931 r., kończąc uprzednio (w 1929 r.) Polską Szkołę Nauk Politycznych przy Wydziale Prawa UJ. Studia historyczne kontynuowała w Zakładzie Ossolińskich we Lwowie (1932) oraz w Wiedniu w Staatsarchiv (1933)”, tamże.
  • 22. List z 10 czerwca 1980 roku.
  • 23. Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna: My i nasze Siedliska, s. 577.
  • 24. List do Elżbiety Osterwianki, Warszawa, 20 VI 1939, [w] Listy Juliusza Osterwy, wstęp napisał Jerzy Zawieyski, PIW, Warszawa 1968, s. 237.
  • 25. Ireneusz Guszpit: Pożytki z wędrowania za źródłami teatru, „Odra” 2007 nr 7–8, s. 68.