2017-10-17
2017-10-19

Karina Janik

Spotkania z Ewą Benesz. Cenci 2010–2012

Ewa Benesz organizuje i przeprowadza co roku w okresie przesilenia zimowego trwające pięć dni spotkania zatytułowane W akcie tworzenia. Odbywają się one w Casa-laboratorio di Cenci1 w Umbrii, w miejscu gdzie Jerzy Grotowski, w okresie wykładów rzymskich (1981–1982), prowadził prace Teatru Źródeł, a po jego wyjeździe Franco Lorenzoni zorganizował Dom-laboratorium. To do Franca Lorenzoniego przyjeżdżały w latach osiemdziesiątych Rena Mirecka i Ewa Benesz; to u niego mieszkały i pracowały na własne utrzymanie, organizując i prowadzając warsztaty. W tym miejscu miały zawsze swobodę twórczą. Mimo upływu lat Ewa Benesz wraca do Cenci regularnie (jako uczestniczka konferencji i spotkań). W ostatnich latach prowadzi tu spotkanie twórcze trwające pięć dni, od 2 do 6 stycznia (raz od 3 do 7 stycznia).

Główną linią działań w trakcie spotkania są prace gospodarczo-artystyczne związane z tajemniczą współcześnie, ale dawniej dosyć powszechną w użyciu pistacją kleistą (lentyszkiem). Spotkanie ma charakter performatywny, ze ściśle wyznaczonymi, liniowo rozwijającymi się czynnościami związanymi z tą rośliną. Praca z lentyszkiem organizowana przez Ewę Benesz ma cechy święta, ale jest też spotkaniem artystycznym. Składają się na nie przemyślnie skomponowane przez autorkę dramaturgie działań wokół rośliny, umożliwiające uczestnikom uruchomienie precyzyjnego procesu twórczego. To, co osobiste dla każdego uczestnika, łączy się z zestawem działań cechujących się performatywnością i sięgających po zbiór kulturowych mitów, znaków, doświadczeń, które zostają uruchomione i włączone w dramaturgię spotkania. Na potrzeby pracy Benesz przywozi z Sardynii około dziesięciu kilogramów nazbieranego przez siebie lentyszka, a także kamienie, instrumenty, tkaniny.

Wśród zebranych – zaproszonych2 i współpracujących – znajdują się tacy, którzy znają strukturę i ogólny przebieg działań, i tacy, przed którymi odkrywają się one stopniowo, dzień po dniu. Uczestnicząc po raz pierwszy w zdarzeniu, należałam do drugiej grupy. Po kolejnych latach, jako osoba zorientowana, mogę powiedzieć, że odkrywanie struktury przygotowanego doświadczenia za każdym razem ma niezwykłą moc. Być może z tego powodu zdecydowałam się na opis zjawiska. Postaram się przedstawić przebieg spotkania, relacjonując, analizując i interpretując je jednocześnie. Nie będę szczegółowo skupiała się na ćwiczeniach oraz na sprawach organizacyjnych związanych z pracą z lentyszkiem. Im właśnie poświęcam przygotowywaną rozprawę doktorską. Opowiem jedynie o tym, co wydaje mi się niezbędne, by czytelnik mógł wyobrazić sobie całość spotkania i dostrzec w nim aspekty święta. Ponieważ będę opisywać własne doświadczenie, posłużę się narracją pierwszoosobową (w liczbie pojedynczej i mnogiej). Zastosuję czas teraźniejszy oraz przeszły, przywołując na zasadzie dygresji wydarzenia z minionych spotkań.

Początek

W pierwszym dniu spotkania, 2 stycznia, przybywamy z Rzymu pociągiem. O wyznaczonej godzinie jesteśmy przewożeni ze stacji Orte do Amelii. Możliwy jest również dojazd własnym środkiem transportu do samego Cenci. Każdy w walizce czy torbie ma kilka rzeczy, o których przygotowanie prosiła Benesz. Grube wełniane skarpetki nie mają związku z samym procesem, ale ochronią uczestników przed zimnem. Kobiety zabierają ze sobą długie sukienki lub spódnice do kostek, rozszerzające się u dołu, mężczyźni kapelusze i białe koszule. Każdy bierze wygodny, luźny strój do jogi. Mamy ze sobą wiele odświętnych ubrań, których nie nosimy na co dzień, do pracy, czasem związane są one z różnymi tradycjami, niekoniecznie rodzimymi. Ja również mam rzeczy, które noszę wyłącznie podczas pracy z Benesz. Niektórzy z nas zdążyli podczas poprzednich warsztatów podarować sobie nawzajem ubrania: ja na przykład otrzymałam kamizelkę przywiezioną z Nepalu, a sprezentowałam komuś bluzkę z ludowymi, krakowskimi wzorami. Mam też sukienkę w żydowskie wzory od Benesz. Kwestii odświętnych strojów można by poświęcić odrębny artykuł. Ubieramy je w szczególnych momentach zdarzenia – podczas jego artystycznej części. Oprócz eleganckiej garderoby przywozimy instrumenty muzyczne. Każdy zobowiązany jest też przygotować jedną kolędę. Po prostu znać ją na tyle, by móc ją swobodnie zaśpiewać.

Dom-laboratorium składa się z dwóch parterowych budynków z wykończeniami o ludowych, baśniowych i mitologicznych akcentach. Pierwszy zamieszkuje Franco Lorenzoni. Tu też znajduje się sala do pracy z osobnym wejściem, czyli główne miejsce artystycznych działań oraz archiwum instytucji. Obok sali mieści się kilka pomieszczeń gospodarczych – bieliźniarki, łazienka, pokoje gościnne. Pomieszczenia prywatne oddzielone są od tych przeznaczonych do pracy. Drugi budynek stanowi dom mieszkalny, to również miejsce spożywania posiłków. Czasem odbywa się w nim część prac artystycznych. Cenci to ośrodek spotkań, konferencji i warsztatów edukacyjnych dla dzieci, młodzieży i dorosłych oraz innych prac artystycznych.

Przygotowanie

Umówieni na spotkanie z Benesz gromadzimy się w pokoju z kominkiem, w którym będziemy zarówno pracować twórczo, jak i spożywać posiłki. Wcześniej zostawiamy rzeczy w pokojach – Benesz sama dba o nasze rozlokowanie. Niektórzy prowadzą rozmowy, inni siadają przy kominku lub na ławach ustawionych wzdłuż długiego stołu. Pomieszczenie jest przestronne, a u wysokiego stropu wisi pokaźna gałąź, z której jakby zlatuje zawieszona nad nią naturalnych rozmiarów drewniana kaczka krzyżówka. Gałąź ani kaczka nie odgrywają żadnej roli podczas spotkania. Stanowią jedynie stałą scenografię. W kominku, wyznaczającym centralny punkt pomieszczenia, w odpowiednich momentach będą paliły się drwa.

Niektórzy z nas znają się z poprzednich spotkań, z innych warsztatów i życzliwie witają się ze sobą. Inni oswajają się z nowym, dosyć pogodnie urządzonym miejscem, otaczającą nas piękną naturą Umbrii i miłym towarzystwem. Wkomponowują się w spotkanie, przechadzając się, nawiązując kontakty, przysiadając się ze szklanką kawy czy herbaty, przygotowanymi przez starych uczestników. Poza osobami pracującymi z lentyszkiem nie ma tu żadnej obsługi. Czynności gospodarcze wykonują obecni, podział prac i stopień zaangażowania sugeruje Benesz, dobrze znająca możliwości i talenty poszczególnych uczestników (na przykład posiłki zwykle gotują osoby z zamiłowaniem kulinarnym). Delikatny i wesoły gwar stopniowo nasyca się powszedniością – radością ze spotkania starych i poznania nowych uczestników. Wówczas Benesz, sama uczestnicząc w tym gwarze, zbiera wszystkich przy wspólnym długim stole, by powiedzieć kilka słów o pracy, która nas czeka, nie pomijając spraw organizacyjnych. W żaden sposób nie wyjaśnia jednak, czym jest lentyszek, a nawet o nim nie wspomina. Dlaczego? Bo lentyszek pozostaje poniekąd tajemnicą, z którą należy obchodzić się w odpowiedni sposób i w odpowiednim miejscu Mowa jest o przepracowywaniu tego, co zbierane przez cały rok, a może jeszcze dawniej, o łączności z naturą, która się zmienia, wywiera na nas wpływ i sugeruje w nas zmianę3. Przez pięć dni spróbujemy dotknąć rzeczy niepowszednich, doświadczyć na drodze twórczych wyborów, indywidualnej przestrzeni łączącej się z przestrzeniami indywidualnymi innych, a może i z czymś jeszcze. Pamiętać też trzeba o roku kalendarzowym, o przesileniu zimowym, o Bożym Narodzeniu i dalej – o Mitrze, o innych znanych nam i łączących się z tym okresem zdarzeniach kulturowych, mitach, opowieściach dotyczących odrodzenia, narodzenia, ale i przejścia.

Kamień i woda

Po południu, raz o 17:00, innym razem o 17:30 lub podobnej, ustalonej uprzednio godzinie, schodzimy do sali, gdzie czeka przygotowana przestrzeń: na pomalowanych na biało deskach, w centrum, stoi świeca, do tego biała duża miska, kamień, mała róża w równie małym wazonie. Każdy bierze koc ze skrzyni stojącej w sieni i wchodzi do sali; siadamy szerokim okręgiem wokół centralnie ustawionych przedmiotów. Każdy siedzi w skupieniu, poważny, milczący. Benesz zaczyna śpiewać inicjującą pieśń, akompaniuje sobie na gitarze, na flecie wtóruje jej Alfred Buchholz, wieloletni asystent i współautor pracy z lentyszkiem. Po chwili Benesz odkłada gitarę, milknie i flet; w tym samym czasie Cenzo Atzeni, Sardyńczyk, również jej długoletni asystent, podnosi w obu dłoniach ciężki (wielkości dwóch rozłożonych dłoni) kamień, następnie wkłada go do białej misy. Słychać plusk wody – niespodziewanie dla tych, którzy jej wcześniej nie dostrzegli, ponieważ sala dyskretnie oświetlona jest reflektorami, a plastikowa misa okryta jasnoróżowym, ogromnym sari. Atzeni zaczyna pieśń, Benesz włącza się: pomaga wyjąć kamień na podłogę i go obetrzeć. Skanduje przy tym dziecięcą modlitwę: „Aniele Boży, stróżu mój”. Benesz i Atzeni wracają do kręgu. Benesz zaczyna wypowiadać słowa Więźnia z III części Dziadów: „Nocy cicha, gdy wschodzisz” albo z Enuma Elisz. Poematu o stworzeniu świata4. Dopuszczalna jest wariantywność. Stały element to wyjęcie kamienia z misy i jego obmycie. To osobiste działanie, wykonywane w skupieniu, wywołujące podobny stan u obserwujących. To, co podniesione do uniwersalności przez inicjujące pieśni starych mantr, przez teksty wypowiadanych słów, przez działania z kamieniem, może kierować uwagę pozostałych i działających na obszar czegoś osobistego lub w inne obszary jakiejś znanej sobie sztuki. „Kamień pozostaje kamieniem, ale wywołuje wiele skojarzeń osobistych. Może stać się na przykład ciałem, podłożem i fundamentem, czymś najtrwalszym, ziemią całą”5. Dla mnie symbolizował dzieciątko, a raz wspomnienie i tęsknotę, prawie marzenie o byciu kąpanym niemowlęciem. Mój ciąg zbudzonych skojarzeń to: ciało dziecięce, obecność żywotnego i igrającego dziecka, bycie kochanym, troskliwość, nadzieja na zaistnienie życia.

Kamień służy Benesz wyłącznie w pracy artystycznej. Jest realny, ciężki, wyznacza punkt na ziemi, a to, co czyni się wobec niego, jest bardzo konkretne, wymaga siły. Jesteśmy w kręgu mocnych znaków, ale i doświadczeń. To, co stało się wokół kamienia, wprowadza nas w krąg wyznaczonych tematów, które mogą pracować w uczestnikach i ponawiać się/pogłębiać każdego kolejnego dnia. Od wody i kamienia, od tego, co poprzedza życie, zaczyna się podróż do natury, choć skojarzenia budzą się w każdym inne i odległe od podstawowych znaczeń.

Teraz w centrum koła znajduje się ktoś z okręgu; ktoś, kto właśnie poczuł potrzebę, by do niego wejść, by działać z wodą/wobec wody, z kamieniem/wobec kamienia – poprzez śpiew, mowę słów i/lub ciała, taniec. Ktoś do niego dołącza, odpowiada we współdziałaniu lub działanie przejmuje. Nie każdy staje w centrum. Do kręgu wchodzi tylko ten, kto tego potrzebuje, wykonując swoje działanie w łączności z innymi osobami lub przedmiotami. Poszczególne działania łączą się jakby w krąg; cisza i bezruch są ich częścią. Wchodzi kobieta, która nie wie, jak obchodzić się z kamieniem, chciałaby działać wobec niego, ale jakby nie może; po chwili dołącza do niej śpiewający mężczyzna; wycofuje się w momencie pojawienia się drugiej kobiety, zdecydowanej, by podnieść kamień, przycisnąć do siebie i otulić chustami jak dziecko6. Przy niej od razu zjawia się mężczyzna. Jest niczym dziecko. Zmęczona kobieta jedną ręką tuli kamień, a drugą mężczyznę. Dołączają drugi mężczyzna i kolejna osoba. Relacja przestaje być napięta. Kobieta odpoczywa. Gdy osoby w kręgu wyciszą swoje działania, Benesz zgasi świecę na znak zakończenia spotkania. Pierwszego dnia zaproponuje jeszcze pewien rodzaj zabawy: wyliczankę w kręgu, w której każdy kolejno wypowie swoje imię, a wybrana osoba powtarza wszystkie imiona po kolei, a potem robią to samo kolejne osoby, aż wszyscy mniej więcej nauczą się swoich imion, by swobodnie zwracać się do siebie w kolejnych dniach.

Każde święto tworzy to, co przygotowane, i to, co niepowtarzalne: nawet jeśli zakładamy te same ubrania i rozkładamy te same krochmalone tkaniny czy wykorzystujemy te same przedmioty o konkretnym przeznaczeniu. Tę uobecniającą się niepowtarzalność przygotowanych performatywnych wydarzeń nazwałabym, za Dariuszem Kosińskim, dramaturgią przygotowanego doświadczenia w rozumieniu7.

Także i w tym przypadku na początku mamy część przygotowaną, ale jej ramy są rozległe i za każdym razem działania toczą się inaczej, choć z każdego ich przebiegu będziemy mogli określić jakąś część zbioru uniwersalnych tematów, wspólnych dla sytuacji zdarzeń i skojarzeń związanych na przykład z myciem kamienia.

Inicjacja

Śpiew i wschód

Drugi dzień zaczyna się od śpiewu mantr i kolęd przy ogniu płonącym w kominku. Wszyscy siadają blisko siebie na platformie wokół kominka i na ławie. Śpiewa się tak, by osiągnąć harmonię. Słońce dopiero wschodzi. Śpiew nas otula. Ogień daje ciepło, a wraz ze śpiewem także siłę i spokój. Otwieramy się na coś nowego, nieznanego, również ci z nas, którzy wiedzą, jaki charakter będzie miało spotkanie. Wyizolowani ze swojego codziennego życia, szykujemy się do prac wymagających osobistego zaangażowania, przekraczającego codzienność. Otulająca pieśń i ogień są jak przygotowanie poprzedzające przygotowanie: nawet nie zbieranie narzędzi, ale szukanie i kumulowanie w sobie zamiaru, delikatne kierowanie się w stronę odwagi. Wybrane przez Benesz mantry prowadzą do takiego organicznego zaangażowania, że nie pozostaje już na nic więcej miejsca jak tylko na śledzenie swojego oddechu i wypełnianie się pieśnią. Umysł i ciało odpoczywają, przepełniają się pozytywnością.

Ćwiczenia świadomości

Od drugiego do przedostatniego dnia spotkania, od zakończenia śniadania do obiadu około 13:00 odbywają się: joga, ćwiczenia w parach, masaż, czasem ćwiczenia wokalne (jeśli zajdzie taka potrzeba). Intensywność zależy od możliwości uczestników. Nie chcę szczegółowo opisywać ćwiczeń. Są to elementy wzmacniające, pomagające uczynić z ciała narzędzie pracy, oraz utrzymywać je w gotowości i otwartości. Zwiększają naszą wrażliwość na siebie nawzajem i umożliwiają poszerzenie percepcji, pozwalają też rozpoznawać jak nasze myślenie, odczuwanie, emocje przejawiają się w ułożeniu ciała, w jego napięciu, w kontakcie ciała z otoczeniem.

Taniec sufi

Drugiego dnia, wczesnym popołudniem, w pokoju z kominkiem śpiewamy pieśni, a potem albo od razu, bez wstępnych pieśni, tańczmy zaproponowany i objaśniony taniec sufi. Składa się on z kilku prostych kroków, a zbudowany jest na osi i czterech kierunkach. Osoba przyjmująca pozycję wyjściową staje wyprostowana, z rękoma luźno opuszczonymi wzdłuż ciała. Następnie wykonuje kolejno: krok prawą nogą w przód i wraca do pozycji wyjściowej; krok lewą nogą w przód i powraca do pozycji wyjściowej; krok prawą nogą w prawo i powrót; krok lewą nogą w lewo i powrót. Następnie: obrót od prawej nogi o 180 stopni do tyłu – i powrót; obrót o 180 stopni od lewej nogi w tył i powrót. Ręce układa się w następujący sposób: przy krokach w przód lekko rozchyla się na boki – prawa w prawą, lewa w lewą stronę, przy krokach w prawo – prawa ręka wskazuje w dal; w lewo – lewa ręka wskazuje w dal; luźno w wirowym półokręgu przy jednym i drugim kroku w tył. Co ważne, taniec uzupełniony jest twórczym przetworzeniem, konkretnie ukierunkowaną pracą umysłu, znakomicie przez Benesz przygotowaną. Zadanie polega na podejmowaniu jednego tematu (kroki w przód) i wypowiadaniu przy tym „a” i rozpatrywaniu go w wariancie pozytywnym (kroki w prawo) i wypowiadaniu przy tym słowa: „tak” oraz w wariancie negatywnym (kroki w lewo) i wypowiadaniu słowa: „nie”, najczęściej po włosku. Przy obrotach o 180 stopni ogląda się rezultaty obu wersji, mówiąc za każdym obrotem „o”. Kolejna pełna wersja całej sekwencji dotyczy kolejnego tematu lub innego wariantu tego samego tematu w dwóch przeciwstawnych aspektach i rozwiązaniach. Umysł z ciałem zespalają się w tańcu, co przynosi konkretny rezultat, będący potrzebną kontynuacją tego, co rozpoczęło się przy kamieniu, a będący indywidualnym poszukiwaniem każdego z uczestników. Kiedy uczestnik odkryje, co jest sednem interesujących go w tym momencie życiowych zagadnień, co jest dla niego poniekąd odkrytym w tańcu wyzwaniem, będzie mógł do owego odnalezionego wyzwania odwoływać się w kolejnych zdarzeniach, gdy zacznie się praca z lentyszkiem. Taniec sufi jest formą wewnętrznego osobistego przygotowania  tematów, spraw  które nie mogą być przypadkowe, które mają być najistotniejsze i to taniec wymusza w końcu, by takimi były. To, co dla kogo najistotniejsze, nie podlega żadnej ocenie – ani osobistej, ani innych. Odnalezione w tym tańcu, może być nieważne dla innych ani dla mnie w innym czasie, choć muszę dodać, że odnajdywane przeze mnie w tych tańcach istotne tematy do dziś pozostają takimi, może tylko rozwinęły się w trochę innym kierunku lub inne ich aspekty stały się ważne.

W innym wariancie w drugim dniu pracy nie ma tańca sufi, tylko w pracy popołudniowej z inicjującej pieśni rodzą się wokół centrum, wokół kamienia, działania poszczególnych osób, które właśnie tak potrzebują zaistnieć w tej przestrzeni. Benesz czuwa, akompaniuje, pomaga jak akuszerka lub niemal usuwa się w cień.

Lentyszek

Oddzielanie owoców

Następuje druga część zdarzenia. Mężczyźni wnoszą do sali dwa duże stoły. Łączą je w jeden, przystawiają do niego dwie ławy. Jeśli dzieje się to w sali z kominkiem (gdy uczestników jest mniej), przygotowuje się duży podest. Benesz rozkłada na stole wykrochmalony biały obrus. Wszyscy patrzą w skupieniu, jak precyzyjnie wykonuje tę prostą czynność, przenosząc nas przez nią jakby do metaprzestrzeni. W mojej głowie uruchamiają się uniwersalne i osobiste skojarzenia: ołtarz ofiarny, stół wigilijny lub z okazji szczególnego święta, ale też scena ze spektaklu Tadeusza Kantora. Za chwilę w tę ciszę i skupienie wkraczają trzy osoby. Każda z nich ubrana jest w strój innego koloru: jedna w czarny, druga w czerwony, trzecia w żółty8. Wnoszą trzy zawiniątka w kolorze swoich ubrań. W kolejnych latach: kobiety niosły zawiniątka na głowach, mężczyźni nieśli je jak torby podróżne.

Przypominają mi Trzech Króli, którzy przynoszą nam złoto, kadzidło i mirrę. Zjawiają się niespodziewanie, nawet jeśli znamy scenariusz, wprowadzają doniosłość, dostojność i wyjątkowość. W takiej też atmosferze rozwijają na białym obrusie swoje zawiniątka, odkrywając przed nami czarne ziarna lentyszka na drobnych gałązkach, gdzieniegdzie porośniętych zielonymi listkami. Na stole/platformie ustawia się teraz srebrne tace i duże białe misy. Wszyscy siadają wokół, oddzielają kilkumilimetrowe ziarenka od gałązek i listków. Owoce trafiają do mis, a reszta na srebrne tace. Benesz gra na gitarze, zwykle najpierw jedną z mantr, a potem obecni, jeden po drugim, wykonują kolędy. W niektórych wariantach spotkanie ma skomplikowaną dramaturgię. W pracę przy oddzielaniu owoców i towarzyszący jej śpiew włączają się uczestnicy z dodatkowymi działaniami. Pamiętam, jak raz pewnej kobiecie założono na głowę wielki szal i zaczęła tańczyć. Z jej tańca zrodził się korowód: niektórzy uczestnicy przerwali pracę i zaczęli tańczyć; jeden z mężczyzn zaczął grać na akordeonie. Po chwili znów usiedli na ławach i wrócili do pracy. To znowu, w odpowiedzi na śpiew, jeden z mężczyzn włożył twarz do ziarna, a potem uniósł głowę w kierunku reflektora, jak do słońca; tymczasem inny mężczyzna ściągał delikatnie z jego twarzy ziarenko po ziarenku. Towarzyszył temu nowy, delikatny śpiew. Gdy wszystkie ziarna zostały zdjęte z jego twarzy, zaczął szaleńczy taniec-bieg, a w ślad za nim inni9. Potem wrócili do ław, by oddzielać owoce.

Śpiewane kolędy za każdym razem wchodzą ze sobą w dialog, tworzą ciąg. Po spokojnej i smutnej pojawia się kolejna, spokojna lub smutna, a po żywiołowej  żywiołowa, albo odwrotnie – układają się kontrastowo. Ich kolejność łączy się ze stanem pracujących przy owocach osób. Mamy do czynienia z koncertem improwizowanym jak w jazzie. Nikt nie ustala kolejności, śpiew rodzi się spontanicznie. Każdy może być przez chwilę słuchaczem, członkiem chóru lub też podjąć dialog z innym, na którego pieśń i ewentualnie działanie odpowiada własną pieśnią i/lub działaniem. Wszystko cały czas powiązane jest z oddzielaniem ziaren lentyszka.

W początkach pracy z lentyszkiem pojawia się zawsze określona struktura: trzy osoby przychodzące z zawiniątkami i na koniec: owoce oddzielone od reszty rośliny. Są to elementy stałe. Pozostałe, zmienne, to: sposób obierania owoców (różny rytm, różna forma wykonywania tej czynności przez poszczególne osoby – jedni nabierają je z misy i trzymają w dłoni, inni wyciągają oczyszczone owoce i przekładają i tym podobne); działania między uczestnikami, kolejność kolęd i sposób ich śpiewania. Elementy te zależą od potrzeb i możliwości uczestników. Jednak te same osoby, także Benesz, mają w repertuarze te same kolędy, więc występują też podobieństwa, choć zawsze w innej konfiguracji.

Można powiedzieć, że oczyszczanie owoców może być w przypadku niektórych osób kontynuacją działań poprzednich, może nawet w wielu przypadkach, lecz niełatwo to zauważyć. Dostrzega to Benesz, która zna uczestników z innych prac. Dla mnie takim przykładem była praca jednego z mężczyzn. Przygotowana przestrzeń pracy z lentyszkiem i otwierające się możliwości pozwoliły mu w pewien sposób kontynuować ważne dla niego tematy, jakie uwidoczniły się w innych pracach z Benesz, w których uczestniczyłam. (W moim odbiorze rozwijał w swoich działaniach relacje, zależności, jakie mogą zaistnieć między bardzo młodym a bardzo dojrzałym człowiekiem, czasem zamieniając się z tym drugim rolami. W jego wypadku przede wszystkim między dzieckiem/chłopcem a mężczyzną.) Za każdym razem osoba mu towarzysząca, włączająca się w jego proces jako partner, też znajdowała się w swoim subtelnym procesie twórczym. Dzięki temu ich działania harmonizowały się. Nawzajem wzbogacali swoje doświadczenia. Bez partnera niektórych tak podjętych działań nie dałoby się rozwinąć. Mężczyzna z oczyszczoną z owoców twarzą nie doświadczyłby swoich nowych możliwości w relacji z innymi, gdyby drugi nie zdjął mu owoców z twarzy i zamkniętych powiek.

Relacja między uczestnikami ma skomplikowany wymiar. Warto w tym miejscu przyjąć za punkt odniesienia relację aktor – widz. Aktor i widz tylko częściowo są od siebie zależni, bez względu na to, o jakim teatrze mówimy. Widz jest mniej lub bardziej przewidywalny, a nawet jeśli przekroczy ramy tego, co zaplanowane, aktor jest przygotowany, częściowo świadomy różnych reakcji ze strony widza: jego działanie tylko w pewnym stopniu zmieni się pod wpływem widza. To mogą być sprawy subtelne – zmiany wibracji głosu, jak w opusach Thomasa Richardsa i jego zespołu – lub rzadkie i szokujące, które prowadzą ostatecznie do zerwania przedstawienia, jak na przykład protesty widzów podczas przedstawienia Do Damaszu w reżyserii Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie (13 listopada 2013). Sprzężenie zwrotne, jakie zachodzi między przestrzenią sceny a widownią, obejmuje szeroki wachlarz możliwości, ale i tak jest ograniczone przewidywanym zakresem przygotowanych możliwości, które zwykle w większości są spełnione.

W takim zdarzeniu jak spotkanie w Cenci, które nazywam parateatralnym10, nie ma podziału na aktorów i widzów. Sytuacja pod względem relacji staje się jeszcze bardziej wymagająca niż ta, która istnieje między widzami a aktorami. Każdy w Cenci jest wobec innych, nigdy sam i to akurat łączy spotkanie w Cenci z teatrem. Spełnienie aktu, twórcze działanie, dotarcie do istoty, ale i rodzaj współpracy z innymi kształtują się na bieżąco i są wypadkową tego, czego się chce, i tego, co jest możliwe z obecnymi tu i teraz partnerami. Zdarza się, że uczestnik, bądź inicjująca działania Benesz, musi natychmiast przekształcić to, co zamierzone, przygotowane, jeśli chce zrealizować plan intensywnego, spójnego rozwoju pracy, nie przerywając cudzych działań (a jeśli ktoś jest bardziej doświadczony, nie przerywając jego aktu/akcji11). Także inni, gdy chcą wyrazić siebie w ramach tego, co jest możliwe, w stosunku do zamierzenia czy planu, muszą natychmiast reagować na innych, bo brak czyjejś reakcji nie oznacza wycofania się w bezpieczne miejsce – lecz reakcję. Lepiej więc ten rodzaj zależności i odpowiedzialności, poniekąd za siebie i innych, porównać do wspólnego mieszkania, a nawet przebywania w tym samym miejscu jednej rodziny. Działania poszczególnych osób zawsze mają związek z tym, co robią pozostałe. Tworzą się między nimi skomplikowane zależności, zarówno na poziomie świadomym, jak i poziomie podświadomym. Dramaturgia przygotowanego doświadczenia jest u Benesz maksymalnie otwarta na tworzenie się relacji. Przedmioty są wielofunkcyjne, można je wykorzystać do wielu różnych wariantów działań, przestrzenie otwarte, puste wraz z wielofunkcyjnymi przedmiotami dają szeroki wachlarz możliwości. Dużo szerszy niż przestrzenie naszego codziennego życia o szczególnym przeznaczeniu i szersze niż zaplanowane przestrzenie spektaklu. Dlatego w spotkaniach Benesz tak ważne jest intensywne działanie, wymagające precyzji, uczciwości, otwartości. To ono warunkuje zaistnienia pewnego rodzaju braterstwa, bezpieczeństwa, w którym dużo łatwiej przedsięwziąć nawet bardzo trudne dla siebie twórcze „podróże”. Wówczas zaczyna działać w jednostkach to, co świadome i podświadome, integrować się na tych poziomach, otwierać i współgrać między nimi. To bardzo cenny rodzaj harmonii, ale możliwy tylko przy dużej współpracy i wzajemnej odpowiedzialności, nie tylko za siebie, ale też za innych. Paradoksalnie tę harmonię można osiągnąć także przez statyczną obecność, ponieważ zdarzają się sytuacje, w których nie można włączyć się w czyjeś działanie, bo inicjowane przez niego doświadczenie jest dla kogoś zbyt odległe, by czuł się uprawniony do włączenia się w nie, wtedy powinien być czuwającym świadkiem, który tylko w łączności z tym, co własne, może włączyć się w czyjeś działanie. Dlatego konsekwentnie powtarzane przez Grotowskiego postulaty w Święcie12, by być jak brat, wydają mi się całkiem jasnym wyzwaniem, które w pracy z lentyszkiem w Cenci bywa spełnione.

Drugi dzień kończy się, gdy wszystkie owoce zostaną obrane. Asystenci razem z Benesz zabezpieczają je. Każdy z nas udaje się na indywidualny odpoczynek. Zwykle oddzielanie owoców trwa długo i wymaga od wszystkich ogromnego wysiłku. Zdarza się – jeśli praca nie kończy się bardzo późno, a to możliwe, gdy uczestników jest więcej – że około dwudziestej trzeciej Benesz proponuje przed snem śpiew przy ogniu w sali z kominkiem.

Śpiew wieczorny

Śpiew wieczorny, choć tak podobny w formie do porannego, jest rodzajem dziękczynienia. W zmęczeniu, zachwycie czy podekscytowaniu tym, co się zdarzyło w ciągu dnia, pieśni mantr, kołysanki, kolędy są ostatnim wyrazem radości i uspokojeniem zmysłów. Pozwalają przygotować się do odpoczynku, a po nim – do kontynuowania prac.

Tego wieczoru odkrywa się jakieś wyobrażenie o kulturze ludowej, o pracach czynionych bez maszyn. Pieśń i opowieść rzeczywiście mogły pomagać w jej wykonywaniu. Doświadczenie pracy z rośliną pomaga odnaleźć wewnętrzną ciszę i przyjrzeć się czemuś, na co nie zwraca się uwagi na co dzień – a mianowicie temu, że naturę przetwarza się, by żyć. Tu sam nasz organizm łączy się z tym przetworzeniem, jest jego sprawcą; taki rodzaj pracy nie jest dla nas czymś powszechnym, jeśli w ogóle zdarza się we współczesnym cywilizowanym świecie.

Wydawać się może, że w pracy przy lentyszku pojawiło się to, co wiejskie, stare, gospodarcze, ale to jednak coś innego niż sama gospodarcza praca. Dzięki ćwiczeniom przed nią i po pracy z lentyszkiem, odizolowaniu od świata, za sprawą krajobrazu, obecności innych o podobnej do własnej postawie koncentracji na tym, co jest wykonywane, dzięki uważnym zmysłom i ich zwiększonej wrażliwości mogło pojawić się głębokie odczucie zjednoczenia z naturą, bycia częścią jej procesów i odkrycia, jak kultura – to wszystko, co jest naszą twórczością – nieustannie się z nią łączy, odpowiada na nią, do niej się odnosi i przejawia w działaniu innych osób. Tych zgromadzonych przez kilka dni w Cenci.

Ugniatanie owoców

Następnego dnia rano śpiewa się przy ogniu, po śniadaniu ćwiczy, a po obiedzie znów zaczyna się praca twórcza w sali. Jeśli nie tańczyliśmy jeszcze sufi, to właśnie teraz będzie taniec, a jeśli tańczyliśmy pierwszego dnia, w tym dniu odbędzie się Taniec Słońca13.

Po tańcu/działaniach następuje krótka przerwa, nie opuszczamy jednak sali – wszyscy zostajemy z tym, co się nam przydarzyło, prawie nikt się nie odzywa. Pijemy herbatę, wychodzimy do toalety. Po chwili zostaje wniesiona duża okrągła balia nakryta białym, wykrochmalonym obrusem. Ktoś wykonując swoje działanie, zdejmuje go z balii. W jednym roku robi to kobieta, która śpiewa piękną, żywiołową hiszpańską pieśń14.W balii znajduje się czarne ziarno lentyszka. Kto zanurzy w nim stopę, przekonuje się, że jest ciepłe15. Obok balii zawsze ustawiane są dwie albo jedna miska z czystą, ciepłą wodą i ułożone ręczniki. Wszyscy naraz poruszają się w kręgu do taktu wyklaskiwanego rytmu i wyśpiewywanej sardyńskiej pieśni16 albo też innej pieśni, zaplanowanej na ten moment (lub wynikłej z czyjegoś działania) – prostej i rytmicznej, składającej się ledwie z kilku słów. Do późnej nocy, pojedynczo i/lub w parach każdy wchodzi na boso do ziarna. Pozostali stoją, śpiewając albo skandując fragmenty Ninnory, oklaskując lub dostawnym krokiem poruszając się wokół balii. Osoba stojąca w ziarnie mówi, śpiewa, ugniata owoce, a gdy chce już wyjść, dwie inne podtrzymują ją, oczyszczają jej stopy z ziaren, uważając, by lentyszek nie wypadł poza misę, obmywają jej stopy w misce z wodą, osuszają je ręcznikiem. Po tych czynnościach wszyscy, obmywani i obmywający, ponownie włączają się w działanie – w rytmicznie przemieszczający się krąg.

Ciepłe, delikatne i intensywnie pachnące ziarno, które wieczór wcześniej rozkładano nabożnie na białych obrusach, ugniata się własnymi stopami. Niecodzienne już dzisiaj dla wielu (a może prawie dla wszystkich) doświadczenie ugniatania owoców wywołuje we mnie wzruszenie.

Jeden z mężczyzn, z zawodu filozof, wyciągnął z balii w palcach jedno ziarenko, położył na dłoni i zachwycony wyszeptał, że to cud. Lentyszek od razu gdzieś nas przenosi – w rejony bardziej osobiste, czasem podniosłe; czasem bywa impulsem do ogólnego metawywodu nad światem; innym razem do pieśni, którą koniecznie teraz, właśnie w tym momencie, chce się zaśpiewać. Pamiętam, jak jedna z kobiet wchodząc do owoców, snuła smutną refleksję o podziale świata, o jego szarości i o tęsknocie, o szukaniu przez nią dobrych owoców tego świata – tego, co w nim dobre – po czym na słowa jednej z osób z kręgu, że owoce są właśnie pod jej stopami, nagle jakby zreflektowała się, ucieszyła, jakby dopiero uświadomiła sobie ten fakt i bardzo szczęśliwa wyszła z balii.

Ten dzień kończy się, gdy każdy z nas wejdzie do balii17. Wszyscy są w jakimś sensie wymęczeni, a praca kończy się późno w nocy. Poniekąd niszczone pod stopami owoce pozwalają „zniszczyć”, „połamać” coś w sobie.

Z perspektywy czasu oceniam to jako moment zmierzenia się (tak było w moim przypadku) z tematami sprecyzowanymi w tańcu sufi. Może przełamany został lęk i tu, depcząc owoce, powzięłam coś, w tym momencie, w tym miejscu, i zaczęłam to robić tak, jak było to możliwe. Raz bardzo chciałam dołączyć do kobiet z innego pokolenia w mojej rodzinie, robić coś z nimi, co nie było już możliwe. Wtedy właśnie z prośbą w oczach i za zgodą Ewy Benesz weszłam do balii, by razem z nią, przy radosnym śpiewie huculskiej pieśni, tańcząc, ugniatać owce. Innym razem potrzebowałam siły, by uwierzyć w swoje możliwości i po prostu zacząć robić dokładnie to, co chcę, co zaplanowałam, krok po kroku. Czy wejście stopami w owoce jest punktem znaczącym, zwrotnym? Jak perypetia w dramacie i pierwsze zwiastuny rozwiązania? Może tak. Wydaje mi się, że moje doświadczenia można poniekąd zinterpretować jako przełom, przemianę, podobnie reakcję uczestniczki, która zorientowała się, że ma pod stopami owoce. Jakby wydobyła się dzięki doświadczeniu w tej pracy z kolein utartego myślenia. Oto już nie musi być smutna; może doświadczyć, że to, czego szuka, istnieje i przynajmniej może spróbować, choćby na chwilę, to uchwycić.

Wyciskanie soku

Czwartego dnia rano zwykle nie śpiewamy, choć może się zdarzyć się inaczej – jeśli praca dzień wcześniej odbywała się w mniej licznej grupie, więc była krótsza i uczestnicy nie są tak zmęczeni i nie potrzebują odpoczynku. Bywa, że ktoś intonuje nową pieśń. Po śniadaniu ćwiczymy jogę, a po obiedzie kontynuujemy pracę z lentyszkiem. Spotkałam się z dwoma wariantami przebiegu pracy z lentyszkiem tego dnia. Jeden miał charakter karnawałowy. O karnawale opowiem w dalszej części, skupiając się głównie na jego funkcji. Zawsze jednak tego dnia pracujemy z rośliną w sali z kominkiem. Na gzymsie kominka jest ustawionych siedem świec. Na podeście ustawiony stół, a na nim dwie misy i garnek, wszystko przykryte wykrochmalonymi, białymi serwetami. Obok jednej misy leży opływowy kamień mieszczący się w dłoni i poskładane kawałki białych, lnianych materiałów. Wokół podestu jest trochę miejsca, chociaż z trzech stron są przysunięte ławy. W dzbanku stoi czerwona róża. Przychodzą uczestnicy, siadają na ławach. Benesz w skupieniu zapala siedem świec. Po obiedzie, jeszcze przed spotkaniem, w roku, w którym nie było karnawału, sugerowała: „Możemy identyfikować się ze swoimi przodkami, pradziadkami, dziadkiem, babką. Za dwadzieścia minut w sali zaczynamy”18. W pracy łączącej się z karnawałem jej sugestie były inne.

Wspomnienia przodków ożyły dla mnie w 2011 roku w taki sposób, że stałam się moją prababką siedzącą na kolanach u jej ojca przy stole pod baldachimem wielkiego rozłożystego drzewa i zajmującą się czymś, jakbym była nią. To zbudziło się samo, w momencie nakładania ziarna do lnianej ściereczki. Tamtego roku przed spotkaniem myślałam o swoich przodkiniach, ale nie spodziewałam się, że działanie w taki sposób wywoła przeszłość i ją uobecni. Pogodna przeszłość prababki została zniszczona przez wojnę, w której straciła ojca. W pracy innych uczestników w tym roku i w pozostałych latach pojawiło się dużo wspomnień. Jeden z mężczyzn opowiedział o tym, jak w dzieciństwie bawił się wodą, źródłami, jej przepływem, jak próbował regulować jej bieg.

Opowieści i pieśni są wykonywane przy przecedzaniu soku z owoców. Za każdym razem, każda osoba tak samo ponawia określoną czynność. Po wejściu na podest staje naprzeciw garnka, w którym znajduje się duży kamień, ten sam, który w pierwszym dniu był obmywany. W misie obok znajduje się lentyszek, który ugnietliśmy, i chochelka. Za jej pomocą osoba stojąca przed garnkiem albo ktoś kogoś, czasem sama Benesz przenosi lentyszek na lnianą, kwadratową ściereczkę. Następnie wszystkie jej brzegi ściąga się w dłoni i wyciska sok do garnka, pomagając sobie trzymanym w dłoni kamieniem. Wytłoczyny sok przelewa się do kolejnej misy, a ściereczkę zostawia w garnku lub obok niego.

W wariancie karnawałowym Benesz zaraz po zapaleniu świec zaczyna wymyśloną mową, przypominającą nieco język dramatów Witkacego, kierować pół żartem, pół serio kilka słów do uczestników. W dłoni trzyma ziemniak w kształcie serca. Uczestnicy są przebrani w szalone stroje. Jeden z mężczyzn ma przywiązane do rąk rozłożyste gałązki jemioły, inny ma na sobie siateczkową bluzeczkę czy sweterek w intensywnych barwach z wyszywanymi kwiatkami, jakby po babci. Wygląda zabawnie, kobieco. Jeszcze inny jest wystylizowany na księcia: ma na sobie długi czarny płaszcz, a na szyi zawieszony otwarty scyzoryk budzący skojarzenie z mieczem. W białej koszuli z rozpiętym kołnierzem wygląda jak karykatura księcia. Para małżeńska w fabrycznie uszytych strojach kury i koguta nadgorliwie pilnuje swojej więzi. Jedna z kobiet ma na sobie zieloną suknię przyozdobioną listkami. We włosy też ma wpięte liście. Jest też kobieta w podartej białej sukience, przybrudzona sadzą i grzebiąca w sadzy, jakby opadła z sił, i mężczyzna udający myśliwego czy leśniczego, układający gałązki wokół kominka, lekko podenerwowany. Osoby pojawiają się w sali w kostiumach i od razu odgrywają role, stroją odpowiednie miny, wykonują odpowiednie gesty. Ja jestem przebrana za diabła o pokrętnie odwróconej płci: jako kobieta przebieram się za mężczyznę/diabła (czarny przylegający kostium) udającego kobietę (jasny biustonosz i majtki na wierzchu), na twarzy mam maskę z maleńkimi otworami na oczy, nos i usta, wykonaną z czerwono-zielonej serwetki, poprzewiązywanej w poprzek brązowym sznurkiem. Z jednej strony za sprawą kostiumu mierzę się z tym, że często wstydzę się swojego ciała, swojej kobiecości. Z drugiej zaś, doświadczam męskości, bywam męska. Gdy tylko przychodzę do sali z kominkiem i zauważam innych przebranych, zadaję sobie samej pytanie, czym jest dla mnie ciało, piękno, zmysłowość i nagość. Przedstawiam siebie w tym kostiumie jako przekrzywienie, przejaskrawienie i rozmycie płci. Wyzwanie duże i może w pierwszych chwilach tylko częściowo uchwytne, ale przejawia się przede wszystkim w działaniach dziecięcych, małych psotach i żalach małego diabełka. Po pewnym czasie, jakby w odpowiedzi na spostrzeżenie jednego z mężczyzn, że nie wie, czy jestem kobietą, czy mężczyzną, przez chwilę szukam obecności poza płcią. W działaniu z innymi łączę dwie połówki jabłka w jedną precyzyjną całość. Towarzyszy temu wewnętrzna refleksja, że interesuje mnie człowiek jako człowiek, jako istota ludzka, niepodzielony na to, co kobiece i męskie, ale też niespierający się o to, kto jest lepszy. Odczuwam rodzaj harmonii z własną naturą.

Wykorzystywane stroje oczywiście nawiązują do tradycji karnawału. Ich funkcja jest jednak o wiele głębsza. Za ich pomocą, zgodnie z sugestią Benesz, uczestnicy naśmiewają się sami z siebie – z własnych wad, cech, doświadczeń. Po ćwiczeniach przedpołudniowych pewnego razu Benesz podzieliła się z nami swoją refleksją: 

W kościele ortodoksyjnym wigilia przypada 6 stycznia. U nas 6 stycznia obchodzi się Epifanię, Objawienie. Ziemia spotyka się z niebem. Przebieramy się i śmiejemy jawnie z tego, z czego na co dzień śmiejemy się w ukryciu. Śmiejemy się z innych, więc spróbujmy śmiać się z siebie. Mnisi średniowieczni urządzali ucztę, agape, nakładając maski, były to zazwyczaj maski zwierząt, najczęściej świni…19.

Odnajdywanie prześmiewczych i innych skomplikowanych sensów poprzez kostium było obecne w naszej pracy. Na przykład mężczyzna, który ze stopami w lentyszku opowiadał o dziwnej, ubogo ubranej kobiecie z torbą w kratę, w kontraście do swojego dobrze skrojonego garnituru do pracy, przebierał się właśnie jakby za tę kobietę, ubierając pożyczony od innych strój, ze szmacianą torbą przewieszoną przez ramię. Rozważał, kto w tym świecie jest bardziej biedny i dlaczego. Wojciech Dudzik widział w karnawale zastępstwo rewolucji20. W spotkaniu Benesz każdy sam stawał się autorem swojej własnej rewolucji, ujawniając i przebudowując to, co najbardziej go drażni.

Forma dla światła

Piąty dzień zaczyna się od śpiewu przy ogniu. Ci, którzy wcześniej nie znali pieśni, zdążyli się jej nauczyć. Grupa jest zintegrowana w śpiewie. Po śniadaniu ćwiczymy w sali, a zaraz po ćwiczeniach przychodzimy w białych ubraniach do sali z kominkiem. Podest jest wyścielony białą tkaniną, w wazonie stoi róża, na gzymsie kominka buteleczki z olejem. Wczoraj po spotkaniu Alfred Bucholtz przelał sok do butelek i z soku wytrącił się olej. Dziś przelał olej do kolejnych butelek. (Pozostały sok jest wylewany na wiatr, w pole, poza działaniami wspólnymi lub przed wyjściem do lasu. Gałązki i listki po obraniu owoców były palone codziennie w ogniu). Na podeście stoją dwie miski przykryte białymi serwetkami, przezroczysty dzban z wodą; leży drewniana duża deska.

Jedna, dwie osoby, zwykle kobiety, są ubrane bardziej uroczyście niż inni. Mają na sobie białe ubrania, ustrojone szalami, koronkami lub innymi ozdobami, a na włosach białe chusty. Benesz zapala świece na kominku. Siadamy na ławach wokół podestu, a Bucholtz zaczyna śpiewać inicjującą pieśń mantry. Następnie dwie kobiety w chustach odkrywają misy. W jednej znajduje się sól, w drugiej mąka. Każda po kolei wysypuje mąkę na deskę, dodaje soli i dolewa wody, by wyrobić białą masę21. Daniela Marcello i Roberta Sciolti wysypują mąkę w najwyższym skupieniu, jakby odprawiały rytuał, po chwili zaczynają śpiew. Marcello pierwsza zaczyna wyrabiać masę i śpiewa Deus te salve Maria. Nie wiem, co zaśpiewała po włosku Roberta Sciolti, ale było to piękne. Działanie tych dwóch kobiet wzruszyło mnie swym pięknem i podniosłością. Daniela Marcello sugestywnie rozsypuje mąkę dla mnie, włączam się w pracę. Po wyrobieniu elastycznej masy, dzielimy ją na kilka części i podajemy kilku osobom. Następnie każdy, kto otrzymuje kawałek masy, dzieli się nią – by wszyscy mogli wyrabiać z niej okrągłe kształty, nieco płaskie i wyżłobione wewnątrz. Mają to być lampki. Benesz zaczyna grać na gitarze i śpiewać na zmianę po polsku, włosku i w jidysz: „O Panie, o Panie / nigdy się nie skończy / i piasek i morze i dźwięk czystej wody / i słońce na niebie / i człowiek, co prosi”22.

W kontakcie z masą solną, po poprzednich dniach pracy, rodzi się jakieś przemożne pozytywne uczucie, dla mnie uczucie miłości, a w umyśle powstaje jakby synteza tego, co działo się przez te wszystkie dni, rodzi się nadzieja dla siebie, swoich spraw i jakby pragnienie dobra dla tu obecnych.

Ponad/poza. Ku świat(ł)u

Gdy lampki są gotowe, każdy z nas otrzymuje knot. Wszyscy ubierają wierzchnie okrycia i wychodzą przed dom. Przechodzą gęsiego przez pobliską łąkę, kierując się do lasu, w którym o wybrane uprzednio drzewo oparto długą drabinę. Stajemy półkolem przy tym drzewie. Alfred Bucholtz nalewa każdemu oliwy do lampki i zapala knoty. Teraz każdy wchodzi kolejno na drzewo i zostawia na konarze swoją lampkę, często dziękując sobie i innym (lub czemuś jeszcze), innym razem opowiadając jakąś historię lub w dowolny sposób tworząc syntezę tego, co się przez te kilka dni dla niego wydarzyło. Ktoś opowiada pod drzewem długą historię, a wchodząc na nie, dziękuje innym, że pomogli mu przepracować pewien prywatny problem23. To, co można tu usłyszeć, jest ważne, szczere i bywa intymne.

Byłam poruszona, gdy przypomniałam sobie, że jednego roku, nie mówiąc tego nikomu, zostawiłam lampkę w intencji mojego przyszłego dziecka, które obecnie ma ponad dwa lata.

Wchodzenie po szczeblach drabiny na drzewo odczytuję jako wznoszenie, nadawanie lekkości i syntezy temu, co zrobiliśmy dla siebie i innych, gdy roślina przemieniała się z czarnej (nasiona) w czerwoną (sok), a w końcu w żółty, lśniący olej24, dający światło. Był to dosłownie proces fizyczny. Z każdym krokiem znajduję się coraz bardziej ponad ziemią, a na górze perspektywa otwiera się, więc jakby to wszystko, co się wydarzyło, koncentruje się we mnie samej i zostaje uniesione w szerszą przestrzeń. Jest to bardziej fizycznie odczuwalne niż formułujące się w postaci powtórzonych wspomnień dni poprzednich. Znajdujemy się w wolnej, oddalonej od cywilizacji, ale też połączonej z nią, przestrzeni. W oddali, wśród skał, widać miasto. Wejście na drzewo i ogłoszenie sobie i innym, i poniekąd przestrzeni, tej syntezy doświadczenia dało mi uczucie cudowności, a po rozpromienieniu innych mogę wnioskować, że i dla nich było pozytywne.

Teraz spotkanie wokół lentyszka jest zakończone; wyruszamy wszyscy gęsiego, by rozproszyć się na łące i tak dotrzeć do budynku. Jeśli spotkanie kończy się 6 stycznia (a na przestrzeni kilkunastu lat tylko raz skończyło się 7 stycznia), to, gdy siedzimy przy stole i pijemy herbatę, przychodzi mężczyzna przebrany za Befanę – co roku w innej postaci, w innym stylu. To jeden z uczestników, poproszony o to przez Benesz. Jego męskość czyni tę postać zabawną. Zgodnie z włoską tradycją Befana właśnie tego dnia przynosi wszystkim podarunki: raz były to słodycze, innym razem wino. Po małym deserze, wśród śmiechu, żartów, a czasem wznoszonych po włosku toastów z wymyślnymi wierszykami, każdy pakuje się do drogi. Spotkanie kończy się koło południa.

Powoływanie święta – odkrywanie wspólnoty

Być może porównywanie spotkań organizowanych przez Ewę Benesz do doświadczeń postulowanych w Święcie Grotowskiego i odnajdywanie aspektów spełnienia tamtych postulatów zakrawa na szaleństwo, zależy mi jednak, aby teksty Jerzego Grotowskiego nie były jedynie pomnikiem w pięknym, monumentalnym wydaniu, tylko by w każdej z tych sytuacji można było zobaczyć, jak ci, którzy przyszli po nim, płyną tą samą rzeką, mimo że tworzą rzeczy tak odległe, oryginalne i w innym kontekście. Do tych osób należy między innymi Ewa Benesz. Muszę przyznać, że teksty Grotowskiego czytam właśnie poprzez doświadczenia pracy z osobami, które z nim współpracowały, a obecnie same praktykują. Jako późno urodzona wnuczka Grotowskiego mogę sięgnąć nie tylko po tekst, ale też doświadczenie owych „innych”, i choć przez nich przekształcone, to przecież współtworzone we współpracy z Grotowskim i/lub przejęte, a następnie rozwijane na własny sposób.

Brak pozoru, który postulował Grotowski, z pewnością jest obecny w pracy Benesz. W różnym sensie, nie tylko w działaniu jednostek, ale też w samej strukturze. W jednym roku, gdy na spotkanie przyjechał mężczyzna noszący żałobę po śmierci swojego dziecka, Benesz nie powoływała „akcji karnawału”25. Tylko ona wiedziała o tym zdarzeniu z jego życia (nie mówiło się o swoich prywatnych sprawach). Wynikało to także z dynamiki działań, które ten mężczyzna uruchamiał. Cenne i niezwykle uczciwe dla mnie jest to, że akcja karnawału po prostu została pominięta, choć sama w sobie jest doskonała i ma właściwości transformujące uczestników. Pominięcie jej to dowód, że konkretne osoby nie były tu obojętne, że Benesz czuwała nad całością i znała stany emocjonalne uczestników. Umiejętnie też gospodarowała czasem, by niezauważona przez innych, nie ingerując i nie przeszkadzając w innych relacjach, móc chwilkę porozmawiać z każdym osobiście.

Sens życia odbudowuje się, rozjaśnia czy odkrywa w łączności z rośliną pistacji kleistej i w przygotowanej performatywnej strukturze. Lentyszek tworzy jakby analogię do lasu, o którym tak chętnie mówił Grotowski26. Odkrywałam trwałość natury i własnego w niej miejsca. Codzienne prozaiczne sprawy, przysłaniające zwykle fundamentalne sensy istnienia odchodziły na dalszy plan. Odbudowany czy też odkryty sens dodawał mi potem żywotności w tym, co codzienne. Zmiana perspektywy spojrzenia stała się ratunkiem od towarzyszącego mi smutku.

Dla nas pytanie brzmi: co chcesz zrobić ze swoim życiem; i dalej – czy chcesz ukryć, czy chcesz ujawnić siebie? Jest takie słowo, które w wielu językach ma podwójny sens: słowo „odkrywać”, „odkryć”. Odkrywać siebie, to znaczy siebie odnajdywać, a jednocześnie odkrywać to, co zakryte: odsłonić. Jeżeli chcemy siebie odkryć (jak nieznaną dotąd ziemię), musimy się od-kryć (odsłonić, ujawnić). „Odnaleźć – odsłonić”. Jest coś wyjątkowo precyzyjnego w owym podwójnym znaczeniu27.

Nie jest obce uczestnikom pracy z Benesz zadawanie sobie pytań, które stawiał Grotowski, i udzielanie odpowiedzi na nie w działaniu – wobec innych i wraz z innymi. Niełatwo odkrywać takie miejsca (publiczne czy prywatne), w których ludzie tak intensywnie są połączeni z tym, co naturalne, i z tym, co własne, i tak bratersko/siostrzanie zintegrowani. Miejsca, w których każdy może poczuć siebie, a zarazem doświadczyć swojej i innych spełnionej obecności oraz akceptując innych, być jednocześnie akceptowanym przez nich takim, jakim się objawił. W trakcie pięciu dni w Cenci uczestnicy starają się osiągnąć taki stan i zwykle im się to udaje, choćby przez chwilę. Nie byłoby to możliwe bez świetnego konceptu, „reżyserskiego” i wielu lat twórczych doświadczeń i poszukiwań Ewy Benesz oraz związanych z nią osób. Dlatego na koniec przytaczam słowa Grotowskiego, wspominając to, co wydarzyło/wydarza się co roku w Cenci…

A co jest żywe? Przygoda i spotkanie, nie byle jakie; aby stało się to, co pragniemy, by się z nami stało, a później by się stało także z innymi, pośród nas. Co nam do tego jest potrzebne? Na początek, aby było miejsce i swoi, a później, żeby przyszli także nieznani swoi; czyli na początek, by nie być w tym samemu, a później, abyśmy nie byli w tym sami. A co znaczy swoi? To ci, którzy oddychają tym samym powietrzem i – można by powiedzieć – podzielają nasze zmysły. Co jest możliwe wspólnie? Święto28.

O autorce

 
  • 1. W dalszej części artykułu będę używała skrótu Cenci.
  • 2. Zaproszeni to osoby, które indywidualnie skontaktowały się z Ewą Benesz i umówiły się z nią, że wezmą udział w spotkaniu. Ogłoszenie o możliwości udziału w spotkaniu, zawierające numer telefonu i adres mailowy Ewy Benesz, pojawia się na stronie Casa-laboratorio di Cenci. Benesz stara się poznać większość uczestników przed rozpoczęciem pracy.
  • 3. Wypowiedzi Benesz przytoczę w przygotowanej przeze mnie rozprawie doktorskiej.
  • 4. Niekiedy nie zdąży ich wypowiedzieć lub mówi je wcześniej, zanim kamień zostanie wzięty w dłonie po raz pierwszy. W innym wariancie Benesz sama podnosi kamień jak najwyżej do góry, zawiesza ruch i z całą delikatnością wkłada go do misy z wodą. Lub na przykład myje go wspólnie z kimś z okręgu, razem zanurzając ręce w wodzie.
  • 5. Ewa Benesz: W akcie tworzenia, „Konteksty” 2016 nr 2 (313), s. 50.
  • 6. Opis z Cenci 2010.
  • 7. Dariusz Kosiński w następujący sposób definiuje dramaturgię: „chciałbym ją mianowicie rozumieć i wykorzystywać jako pojęcie określające tę część złożonego i nieprzerwanego procesu ustanawiania rzeczywistości, która dotyczy kompozycji działań i wypadków, układu i przebiegu tego, co się dzieje i jak jest postrzegane, doświadczane”, a uzupełniając tę definicję o „przygotowane doświadczenie” definiuje dalej dramaturgie przygotowanego doświadczenia. „Przygotowane” oznacza „otwarcie na to, co dopiero nastąpi. Dramaturgie przygotowanego doświadczenia zachowują to otwarcie i w tym sensie nie są gotowe, a właśnie przygotowane. Tak też trzeba rozumieć sformułowane wyżej zastrzeżenie, że dramaturgia, o jaką mi tu chodzi, nie ogranicza się wyłącznie do tego, co przygotowane, ale zachowuje otwarcie na to, co się zdramatyzuje/przedstawi/ustanowi w trakcie działania, w zależności od przygotowanego i w relacji do niego”. Dariusz Kosiński: Praca u podstaw – ponowienie, [w:] tegoż: Performatyka. W(y)prowadzenia, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016, s. 47–51.
  • 8. W innym wariancie osoby ubrane są na biało z trzema kolorystycznymi akcentami.
  • 9. W innym wariancie ziaren było tak dużo, a osób tak mało, że pod koniec pracy pieśń mantry zaproponowana przez Bucholtza ogarnęła wszystkich, jakby dodając energii, by udało się ją ukończyć. W moim doświadczeniu zniknęłam jako „ja”, zostały tylko ruch wokół ziaren i śpiew, który nadawał rytm; zmęczenie gdzieś się rozpłynęło.
  • 10. Bardzo trafnie i krótko definiuje parateatr Ewa Benesz, wspominając własne doświadczenie współpracy z Teatrem Laboratorium i znajomości z jego członkami: „Mianem parateatru nazywał się paroletni okres poszukiwań i doświadczeń prowadzonych w latach 1970–1976 głównie w Polsce i we Francji. Nazwa ma dwa znaczenia: oficjalne, które kojarzy się etymologią grecką i określa «coś, co jest obok teatru», «ponad teatrem», a nawet «przeciw teatrowi» (parabola, paradygmat, paradoks, gdzie przedrostek „para-” znaczy obok, ponad, przeciw); drugie znaczenie znane było najbliższym współpracownikom Grotowskiego i współtwórcom pierwszego etapu parateatru. Para pochodzi z sanskrytu i jest terminem używanym w Wedach i Wedancie w znaczeniu: ponad to, wyżej niż to, najwyższy, ostateczny, jak w słowie Paratman lub para vidia (vidya). Tak znaczyło słowo parateatr dla Ryszarda Cieślaka”. Ewa Benesz: W akcie tworzenia, „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” 2006 nr 2, s. 51. Drugie znaczenie przedrostka „para-” w nazwie parateatru było też częściowo objaśniane w nawiązaniu do sanskrytu przez Piera Pietra Brunellego. Zob. Pier Pietro Brunelli: Początek drogi. Moje pierwsze doświadczenie z Reną Mirecką, przełożyła Anna Górka [w:] Podróż. Rena Mirecka – aktorka Teatru Laboratorium, pod redakcją Zbigniewa Jędrychowskiego, Zbigniewa Osińskiego, Grzegorza Ziółkowskiego, Ośrodek Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych, Wrocław 2005, s. 88–89.
  • 11. Świadomie posługuję się terminami związanymi z domeną Sztuki jako wehikułu Jerzego Grotowskiego, ponieważ w pracach Ewy Benesz uczestniczą osoby bardzo twórczo doświadczone w tej materii. Dla samej Benesz jest to bliski i zrozumiały sposób tworzenia. Najpierw dąży do wyeliminowania wszystkich zbędnych elementów utrudniających proces twórczy. Przygotowuje precyzyjną strukturę pracy z rośliną, prowadzi ćwiczenia i używa takich pieśni i tańców, które umożliwiają rozbudzenie uważności, świadomości i wrażliwości na działanie innego. Ponadto w spotkaniach, poza asystentami, często uczestniczą osoby, które współpracowały z nią przez dłuższy czas. Zdarza się też, że do Cenci przyjeżdżają osoby, które mają za sobą doświadczenie pracy z Thomasem Richardsem lub Mariem Biaginim.
  • 12. Jerzy Grotowski: Święto, [w:] tegoż: Teksty zebrane, redakcja Mario Biagini, Dariusz Kosiński, Carla Pollastrelli, Thomas Richards, Agata Adamiecka-Sitek, Igor Stokfiszewski, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Wrocław – Warszawa 2012, s. 522.
  • 13. Ewa Benesz poznała ten taniec z opowieści Ryszarda Cieślaka na początku lat osiemdziesiątych, a uczyła się go od Indianina z Kanady, Floyda Favla. Z korespondencji Ewy Benesz i Kariny Janik, 8 lutego 2017.
  • 14. Innego roku ktoś robi to delikatnie, powoli i w milczeniu, jakby wtajemniczając innych w dobrze strzeżony sekret.
  • 15. W innym wariancie Alfred Bucholtz wchodzi z garnkiem i przesypuje lentyszek do balii, która przed chwilą została wniesiona przez mężczyzn i ustawiona w wyznaczonym przez Benesz miejscu.
  • 16. Ninnora, z której śpiewa się tylko trzeci wers pierwszej zwrotki: a rositedda rros’in tund’in tundu i refren „ehia ehia”.
  • 17. Zwykle nie ma już czasu (choć nie wiem, czy w innych latach nie było inaczej), by jeszcze śpiewać przy ogniu.
  • 18. Ewa Benesz, Cenci 2012, z zapisków autorki.
  • 19. Z zapisków autorki. Wypowiedź autoryzowana przez Ewę Benesz.
  • 20. Wojciech Dudzik: Karnawały – święta, zabawy, widowiska, „Konteksty” 2002 nr 3–4, s. 98.
  • 21. W innej wersji robi to tylko jedna osoba.
  • 22. 6 stycznia 2010. Tę samą kołysankę słyszałam także w wykonaniu Ewy Benesz w trakcie jej sierpniowych prac z winogronem. Nauczyła się jej od żydowskiej artystki podczas artystycznych prac na Pustyni Negev w 1988 roku.
  • 23. Któregoś roku jedna osoba weszła na drzewo i wyznała, że nie modliła się bardzo długo i teraz spróbuje tutaj. Jedna z osób z każdym kolejnym szczeblem wyliczała intencje dobrych życzeń za konkretne sprawy.
  • 24. Niedawno, porządkując informacje o uczestnikach, dowiedziałam się od Ewy Benesz, że jeden z wieloletnich uczestników spotkań, Andrea Gabriele, nazwał je drogą od pracy do światła. Ciekawie byłoby przyjrzeć się jego relacji, co, mam nadzieję, uda mi się w przyszłości. Dążenie do światła, „czynienie” światła jest interpretacją, którą znam także z wypowiedzi Benesz.
  • 25. „Akcja karnawału” to określenie Ewy Benesz na część pracy związanej z karnawałem, którą inicjuje i prowadzi zawsze w nocy z 5 na 6 stycznia. „Karnawał” podsunęła mi potrzeba „teatralizacji” doświadczenia i Befana. (Na podstawie korespondencji Ewy Benesz i Kariny Janik, VI 2017). W moim rozumieniu „akcja” Benesz ma związek z tym, w jaki sposób rozumiał ją Jerzy Grotowski, to znaczy z rodzajem działania w sztuce będącym dążeniem do osiągnięcia Sztuki jako wehikułu.
  • 26. Jerzy Grotowski: Święto, s. 512.
  • 27. Tamże, s. 514.
  • 28. Tamże, s. 510.