2018-12-20
2019-05-15

Michaił Ugarow, Jelena Własenko

Prawdziwa dramaturgia istnieje w realności

Rozmowa z Michaiłem Ugarowem przeprowadzona przez Jelenę Własenko dla Radia Swoboda (emisja: 29 kwietnia 2011 roku).

Jelena Własenko: Teatr.doc został założony w 2001 roku, czyli przed zamachem w Biesłanie1. Siergiej Magnitski2 był wówczas żyjącym w dobrobycie prawnikiem. Jak staliście się teatrem reagującym na zamachy i śmierć więźnia?

Michaił Ugarow: Ciekawe jest to, że w pierwszych latach XXI wieku istniało sporo „teatrów w piwnicach”. Część z nich upadła, część pozostała we własnych niszach. Myśmy przetrwali. Teatr.doc jest teatrem dokumentalnym mocno związanym z rzeczywistością. Zawiązał się w trakcie seminariów poświęconych technice verbatimu, polegającej na przeprowadzaniu wywiadów z realnymi ludźmi i używaniu prawdziwych historii. To one właśnie stymulowały nasz rozwój.

Nie interesują mnie postaci VIP-ów. Weźmy na przykład wiek XIX, z tamtej epoki zachowały się jedynie pamiętniki i pisma znanych osób. Lecz taki VIP zawsze surowo cenzuruje swoje życie: Tołstoj, Dostojewski, Czechow albo też ich żony dbali skrupulatnie o wykreślenie z biografii niewygodnych faktów. W efekcie powstały niewiarygodne wyrwy. Mnie interesowało zawsze powszednie bytowanie zwykłego człowieka XIX wieku: to, jak chodził do toalety, co jadł, w czym spał, czy nosił majtki, czy tylko kalesony. Takich informacji nie mogłem jednak znaleźć u żadnego z wybitnych pisarzy. Odnalazłem je u twórców czwartorzędnych, jakichś najzwyklejszych opisywaczy życia, z których szydzili krytycy i którzy szydzili z siebie nawzajem. Ja natomiast jestem im wdzięczny, bo to oni naszkicowali epokę.

Właśnie owe detale życia zwykłych ludzi wydały nam się najważniejsze przy tworzeniu teatru. Narodziło się pytanie: jak wystawiać i jak grać zebrany materiał. Okazało się, że tradycyjne metody gry nauczane w szkołach teatralnych są w tym wypadku nazbyt sztuczne i teatralne właśnie. W wyniku wielu prób ukształtowała się grupa aktorów, która chciała poszukiwać nowego stylu gry. Byli to przede wszystkim młodzi aktorzy niezadowoleni z pracy w „wielkich” moskiewskich teatrach. Doświadczenie uczy, że absolwent szkoły teatralnej po trzech, pięciu latach pracy przeżywa kryzys, odczuwa zawodowe rozczarowanie. Wtedy zaczynają się poszukiwania.
Oczywiście, ktoś się uspokaja i zaczyna traktować swój zawód jako zwykłą pracę, którą należy wykonywać. Ale inni – wręcz przeciwnie. To oni właśnie często rzucają znany teatr i stają się kowalami własnego losu. W Teatrze.doc obowiązuje następujący system: nie ma stałego zespołu, aktor, jeżeli stracił zainteresowanie pracą, może w każdej chwili wstać i wyjść. Dzięki temu wiesz, że zostali z tobą tylko ci aktorzy, którzy pójdą aż do samego końca. Jest też drugi czynnik, który wpłynął na nasz teatr: tworzyli go dramaturdzy.

Własenko: Czy świadomie tworzył pan alternatywę dla dziennikarstwa?

Ugarow: Tak. Ale staraliśmy się też zrozumieć, czym właściwie się od dziennikarzy różnimy. Cel dziennikarskiego wywiadu to uzyskanie informacji. Cel naszych wywiadów jest bez porównania szerszy. Niekiedy uzyskujesz od rozmówcy informację zerową, w sumie niczego się nie dowiedziałeś, ale poznałeś jego charakter, język, styl wyrażania się, psychikę. Czytanie transkrypcji takiego wywiadu jest niemal niemożliwe – język jest chaotyczny, brudny, pełen omówień, przejęzyczeń, głupstw. Ale aktor może to zagrać. W tej chaotycznej mowie zapisany jest psychiczny proces mówiącego. W jego wnętrzu rozgrywa się indywidualny dramat, każde przejęzyczenie czy pauza kryją wewnętrzne zdarzenie. To bardzo cenne. Tym wewnętrznym wydarzeniom nadajesz artystyczną interpretację.

Własenko: Dlaczego Teatr.doc nie został zamknięty po Wrześniu.doc, spektaklu o Biesłanie czy po Godzinie 18, przedstawieniu o Magnitskim?

Ugarow: Teatru.doc nikt nie może zamknąć. Owszem, po spektaklu Wrzesień.doc moskiewska komisja do spraw kultury cofnęła wsparcie finansowe. Przekazano mi, że jakoby ktoś stamtąd poradził nam, żeby nie leźć w politykę. Ale nasz teatr nie jest państwowy, więc nie da się odwołać jego kierownictwa dekretem. Oczywiście, w naszym kraju można zamknąć wszystko: od tego są strażacy, inspekcja skarbowa, sanepid – specjalne służby dla prowadzenia represji, bo tym głównie się zajmują. Sądy mogą oskarżyć cię o ekstremizm – też przecież współtworzą ten system. Ale do tej pory nas nie zamknęli: nazbyt głośny okazał się nie tyle spektakl Godzina 18, co sama sprawa Magnitskiego.

Odważyliśmy się przy tym na poważny eksperyment: aktorzy grają rzeczywiste osoby: sędziów Staszynę i Kriworuczkę3 z twerskiego sądu. To są prawdziwi ludzie, którzy mieszkają i pracują w Moskwie. Mogą przyjść na spektakl, oskarżyć nas przed sądem za kłamstwo albo naruszenie dóbr osobistych. Ale nikt niczego takiego nie robi: oni są zainteresowani tym, żeby o całej historii jak najszybciej zapomniano. Wszyscy umieszczeni na liście senatora Cardina4 udają, że spektakl nie istnieje, choć napisały o nim wszystkie gazety i opowiedziano o nim we wszystkich telewizjach (prócz Programu pierwszego i Rossiji, za to był reportaż w Al-Dżazirze).

Czy mordercy Magnitskiego trafią do więzienia – to pytanie pozostaje nadal otwarte. Ale historia nie została zapomniana i teatr miał w tym swój udział. Na spektaklu jest zawsze bardzo dużo ludzi. Wchodzą bezpłatnie, trzeba tylko wcześniej wpisać się na listę. Z powodów ideowych na ten spektakl nie sprzedajemy biletów.

Własenko: Czy wszyscy widzowie podzielają przedstawione w nim opinie? Czy może zdarzali się niezadowoleni?

Ugarow: Niezadowolonych nie było nigdy. To efekt przyjętej przez nas świadomie strategii. Nasz teatr z rozmysłem nie rozwiesza afiszów. O spektaklach i repertuarze można dowiedzieć się z naszej strony internetowej. Widz wykonuje pewną pracę: szuka, znajduje stronę, czyta o teatrze, dopiero potem podejmuje ostateczną decyzję i dzwoni. Wszyscy wiedzą, dokąd przychodzą.

Kiedyś na spektaklu o Magnitskim pojawiła się śledcza, nie pamiętam niestety jej nazwiska. Po każdym z tych spektakli odbywa się zawsze dyskusja. Podczas niej owa pani zaczęła bronić postępowania śledczego Silczenki5, przywołując liczne argumenty. Nasza widownia eksplodowała. Wówczas ta pani wyjaśniła: „Ja teraz występuję jako śledcza, jako człowiek myślę inaczej”. To właśnie stanowi główny problem.

Własenko: Skąd bierze się ten podział?

Ugarow: Niestety, w Rosji zmusza się obywatela, by idąc do pracy, „człowieka w sobie” zostawił w domu, na wieczór, kiedy to po fajrancie wróci do żony i dzieci. To problem mentalności rosyjskiej: w Rosji zawsze istniały dwie warstwy ludzi – prywatni oraz sługi państwa. Ponieważ Rosja przez cały czas powiększała swoje terytorium, warstwa sług powiększała się automatycznie. W efekcie, bardzo mocno wpisało się to także w sowieckie modele zachowań. Miałem sporo kontaktów z ludźmi, którzy przestali pełnić funkcje ważnych naczelników, zmieniali się w sympatycznych dziadziów opowiadających zajmujące historie. Ci dawni naczelnicy opuścili szeregi androidów i wrócili do swojego człowieczeństwa.

Własenko: Jakich reakcji oczekuje pan od widzów? Spektakl Demokracja.doc6 opowiada o zmianach, których każdy z widzów doświadczył w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Pokazywaliście go również w mniejszych miastach. Czy reakcje tamtejszej publiczności były w jakiś sposób zaskakujące?

Ugarow: Były inne, ale równie intensywne. Pamiętam przedstawienie w Norylsku: w trakcie dyskusji po spektaklu ludzie szybko przechodzili do lokalnych problemów z demokracją. Niemal zawsze rozmowa odbywała się na granicy awantury. To bardzo ważne. Bo naszym zadaniem nie jest wtrącenie do więzienia sędziny Staszyny. Teatr nie powinien nikogo wsadzać do więzienia ani karać. Naszym zadaniem, celem naszych pospektaklowych dyskusji jest popchnięcie ludzi do jakiegoś działania. Bardzo mi się podoba kierunek, w którym rozwija się sytuacja społeczna w Rosji. Odeszła estetyka tych niekończących się „limonowowskich mitingów”7, a pojawili się nowi ludzie, na przykład Aleksiej Nawalny i Marina Litwinowicz. Rozpoczęli oni nowy rodzaj działalności: znajdują konkretne dane, badają je, publikują. Ale przecież jeśli wszyscy zajmiemy się sprawą, efekt będzie silniejszy.

Własenko: Udaje się panu obudzić w widzach to pragnienie działania? Czy też przeciwnie: reakcją jest ucieczka i chęć jak najszybszego ukrycia się?

Ugarow: W większości wypadków, choć niestety nie najlepiej świadczy to o naszym audytorium, reakcje są dziecinne: zakłopotanie na twarzy i ogólnikowe, może nawet i jakoś usprawiedliwione, westchnienie: „Jacyż staliśmy się obojętni, no ale co robić?”. Wiem, zbyt długo przeszkadzano rozwojowi demokracji, ale takie ogólniki nic nie dają: nikogo nimi nie uratujesz, ani niczego nie naprawisz. Mam nadzieję, że stopniowo będzie się to jednak zmieniać.

Własenko: Czy w ciągu ostatnich dziesięciu lat istnienia Teatru.doc zauważył pan zmiany ilościowe między tymi, którzy robią „marsowe miny” i tymi, którzy działają?

Ugarow: Dynamika tej zmiany istnieje. Mamy takie pojęcie „poziom zero”: pokazujemy spektakl, ale nie opatrujemy go morałem, nie interpretujemy za widza, nie zdradzamy jego sensu. I widz, ponieważ nie dostał zwyczajowych objaśnień, automatycznie się uruchamia: co to właściwie jest? Czy ta historia ma jakiś związek ze mną? Godzina 18 jest jedynym spektaklem, gdzie tę zasadę naruszyliśmy: wtrąciliśmy sędziego Kriworuczkę do piekła. To wyjątkowe przekroczenie podstaw naszej estetyki, artystyczny woluntaryzm.

Własenko: Czyli chcecie, żeby ludzie zaczęli działać, ale im o tym nie mówicie?

Ugarow: Tak. To jak z dziećmi. Jeśli powiedzieć dziecku, że ma działać, zapyta, co ma konkretnie zrobić. I będzie tak pytać za każdym razem. Dorosły musi samodzielnie poczuć impuls do działania.

Własenko: Pańscy koledzy z innych teatrów i kinematografii boją się upodobnić do pana?

Ugarow: Filmowcy się nie boją. Liczyliśmy na to, że nasz nowy dramat dość szybko znajdzie swoje miejsce w teatrze, ale tak się nie stało. Tymczasem, całkowicie dla nas nieoczekiwanie, odnalazł się on w kinie rosyjskim: w tym, co kręcą Boris Chlebnikow, Nikołaj Chomeriki, Aleksiej Popogrebski, Waleria Gaj-Germanika. W serialu Szkoła grali bodaj wszyscy aktorzy Teatru.doc.

Z ludźmi teatru relacje nasze są bardzo złożone. Oni rozumieją, czym jest Teatr.doc, nawet odnoszą się do niego z szacunkiem, ale uważają, że to nie ich droga. Wierzą, że teatr powinien zajmować się „tym, co wieczne”. We mnie takie postawienie sprawy wywołuje chichot, kojarzy mi się z jakąś manią wielkości, która dotyka ludzi rozumnych.

Pamiętam, jak w programie Press-klub rozmawiałem z Genriettą Janowską, ciekawą reżyserką i jedną z najmądrzejszych kobiet, jakie poznałem. O Godzinie 18 powiedziała mi tak: „To fantastycznie, że pan zrobił ten spektakl, gdyby jednak stworzył go pan dwadzieścia lat później, to byłby bardziej przemyślany”. Nie chcę powiedzieć, że się zasadniczo myli, to nasze stanowiska są zasadniczo odmienne. Wydaje mi się, że za dwadzieścia lat taka opowieść nie będzie już nikomu potrzebna. To tak, jakby wystawiać dziś spektakl o dekabrystach. Ich już fizycznie nie ma, istnieje tylko tumaniący mit i jacyś artyści, którzy wyciągaliby z niego różne klisze pojęciowe.

Własenko: A jak bardzo to przekonanie, że „winny minąć lata” jest rozpowszechnione wśród pana kolegów? Może pan wyjaśnić, co mają na myśli?

Ugarow: Nie bardzo. Ja sam nie za bardzo ich rozumiem, bo zdecydowanie nie podzielam tego poglądu. Przejawia się w nim, jak sądzę, tak zwana świadomość wertykalna: istnieje raj, istnieję ja i istnieje piekło; istnieje sacrum i istnieje profanum; istnieje jakiś sens… Ja wspólnie z reżyserką filmową Mariną Razbieżkiną prowadzę zajęcia w szkole teatralnej i wyjaśniamy naszym studentom, że zajmujemy się sztuką „horyzontalną”. Życie składa się przecież z tego, co horyzontalne: nie z tego, co boskie lub diabelskie, przerażające lub przepiękne. W tradycyjnym spektaklu życie jest wertykalne. Takie było, niestety, artystyczne przesłanie XX wieku, jego ideowy kod. XX wiek się skończył, ale to jego credo pozostało w umysłach wykształconej publiczności. Ideologia zawsze jest trochę spóźniona w stosunku do rzeczywistości. Wielkie wydarzenia, jakie miały miejsce za naszego życia – i szturm parlamentu, wojna w Afganistanie, wojna w Czeczenii, wysadzanie moskiewskich bloków8 – zostały zauważone przez sztukę. Ale była to sztuka najniższego rzędu: takie książeczki w miękkich okładkach. Wielka sztuka wciąż mówiła o Wiecznym. Bardzo się wstydzę tego podziału: oddaliśmy naszą własną historię tanim książeczkom.

Własenko: Mądrzy twórcy „wielkiej sztuki” produkują wzruszenia, których oczekuje publiczność. Boją się zmienić, żeby nie stracić pieniędzy i audytorium?

Ugarow: Wszystko to ma znaczenie, podobnie jak przestarzały kod kulturowy. Człowiek poznaje swój kod w wieku dwudziestu mniej więcej lat i potem po prostu żyje z nim przez resztę życia. Mało kto zmienia się po czterdziestce. Powiem straszną rzecz: taka jest kultura młodego narodu. Bo właśnie w kulturach prymitywnych wszystko jest bardzo podwyższone, sakralne. Im wyższa jest natomiast kultura, tym bardziej, jakby to dziwne nie było, zbliża się do rzeczywistości. Zajmuje się drobiazgami, detalami. Dlaczego taki wstrząs wywołali Lew Tołstoj lub Fiodor Dostojewski? Bo zajmowali się właśnie drobiazgami: pierwszy opisywał detale bytu, drugi – psychiki. Wtedy właśnie nasza kultura rozpoczęła swój ruch w głąb. Lecz pomimo to, tak jak dawniej pozostajemy młodym narodem z młodą kulturą – namaszczoną i wertykalną.

Własenko: Czy dlatego właśnie sztuka ma dług wobec historii? Od kogo żądać spłaty? I czy w ogóle należy żądać?

Ugarow: Spłaty należy żądać od artystów, reżyserów, pisarzy, dramaturgów, aktorów. Z prymitywizmem należy walczyć. Inaczej powstają dziury w czasoprzestrzeni – niech pani tylko zobaczy, ile się ich pojawiło w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Sztuka stała się wieżą z kości słoniowej, w której można przeżyć przyjemnie całe życie, podniecając się jedynie tym, co powiedziała Masza, a co Pasza, czy udały się zdjęcia… To jest zwyczajnie podłe. Takich ludzi nazywam „teatralnym bydłem”. Nie dlatego, że są jakimiś bydlakami, ale dlatego, że nie uczestniczą w naszym wspólnym życiu. Stanisławski nazywał to kabotyństwem i walczył z taką postawą. Mówię tu o odrzuceniu jakichkolwiek – przepraszam za słowo – obowiązków obywatelskich. Ci nieliczni reżyserzy i dramaturdzy, z którymi współpracuję, mają swoją ideologię. To okropne słowo z czasów sowieckich jest przecież bardzo ważne. Nie jest prawdą, że wystarczy mieć talent i „odbierać impulsy z Kosmosu”. O wszystkim rozstrzyga nasz światopogląd i nasza ideologia. Swoim studentom wykładam przede wszystkim poglądy na rzeczywistość.

Czym się zajmuje większość naszych współobywateli? Starannym niezauważaniem rzeczywistości. Skupieni są na tym, co wysokie, duchowe, co ważne w znaczeniu merkantylnym, co ma wpływ na karierę. Ale są też ludzie, którzy widzą, co się dzieje na przystanku autobusowym albo po prostu na ulicy. Właśnie ten rodzaj spojrzenia należy wspierać: w rzeczywistości istnieje dramaturgia bez porównania bardziej interesująca od każdego z rosyjskich seriali.

Własenko: Uważa pan, że ludzie nie zauważają rzeczywistości? A może oni ukrywają swoje spostrzeżenia i kiedyś, zapewne brutalnie i masowo, się nimi podzielą?

Ugarow: Niektórym twórcom brakuje zwyczajnie instrumentarium, żeby zająć się aktualnymi wydarzeniami. Żywa jest u nas tradycja Czechowa i Ostrowskiego, ale brakuje tradycji teatru politycznego. Wypowiedzieć się wprost na temat aktualności to trochę za mało. A zrobić to w sposób artystycznie prawdziwy i szlachetny jest bardzo trudno. Zetknąłem się z tym problemem pracując nad Godziną 18.

Innym z kolei ludziom sztuki brakuje nawet nie tyle obywatelskiej odpowiedzialności, co są po prostu nieprawdopodobnymi konformistami. Nie przypadkiem twórców porównuje się do dzieci, a oni sobie to porównanie cenią i umieją je wykorzystać. Znam wielu szefów moskiewskich teatrów, którzy są takimi konformistami ze strachu przed usunięciem z dyrektorskiego fotela. Ale to już nawet nie konformizm tylko tchórzostwo.

Własenko: W spektaklu o zabójstwie Sergieja Magnitskiego winnych jego śmierci polewają wrzątkiem. Czy ten teatralny wyrok może jakoś przybliżyć prawdziwy wyrok sądowy?

Ugarow: Nie, nie może. Sztuka może mieć wpływ jedynie na ludzi, którzy widzieli spektakl, a nie na realne zdarzenia. Kiedy studiowałem ogromne tomiszcze akt sprawy Magnitskiego, to spośród długiego szeregu szykan, jakim był poddawany w czasie swego aresztu, z jakiegoś powodu największe wrażenie zrobiło na mnie to, że odmówiono mu szklanki gorącej wody. Niewielki grzech w porównaniu z innymi, jakie wobec niego popełniono, ale mną wstrząsnął. Więc pomyślałem sobie, niech grzesznik na tamtym świecie otrzyma cały wrzątek, który tam istnieje. Ja sam wiem, że nie mam racji. Że to starotestamentowa logika: oko za oko, ząb za ząb. Ale w tym spektaklu, być może, jest ona dopuszczalna. Pewien młody psycholog po obejrzeniu przedstawienia powiedział mi: pan się zajmuje społecznym vaudou. Tak właśnie jest. Lepimy laleczki z gliny i nakłuwamy je szpilkami. I mamy nadzieję, że całe to czarnoksięstwo nagle zafunkcjonuje.

O autorach
Michaił Ugarow
Jelena Własenko

Z języka rosyjskiego przełożył Krzysztof Kopka

  • 1. 1 września 2004 roku oddział złożony z trzydziestu trzech terrorystów (wypełniających rozkazy czeczeńskiego dowódcy polowego, Szamila Basajewa) zajął Szkołę nr 1 w Biesłanie, biorąc 1181 zakładników, głównie dzieci. Akcję antyterrorystyczną, negocjacje oraz szturm jednostek specjalnych, który nastąpił wczesnym popołudniem 3 września cechował ogromny chaos. Według oficjalnych danych zginęły 334 osoby (w tym 156 dzieci), zaś 176 osób uznano za zaginione. Tragedia Biesłanu w dalszym ciągu nie została do końca wyjaśniona. Niektórzy badacze oskarżają o nią Kreml. Katastrofa w Biesłanie (odpowiedzialność szybko zrzucono na lokalne władze Osetii Północnej) wzmocniła centralną władzę Władimira Putina, który przeprowadził wtedy przez Dumę ustawę podporządkowującą mu – wcześniej dość niezależnych – gubernatorów. Spektakl Wrzesień.doc (w reżyserii Michaiła Ugarowa i Rusłana Malikowa) powstał w 2005 roku (premiera: 25 września) na podstawie wpisów dokonywanych na rosyjskich, czeczeńskich, inguszetskich i osetyjskich forach internetowych w okresie od 1 do 10 września 2004 roku. Materiał wyjściowy liczył 200 000 stron wydruków. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza lub redakcji.
  • 2. Siergiej Magnitski (1972–2009) był prawnikiem w rosyjskim oddziale Hermitage Capital Management. Ujawnił nadużycia w organach skarbowych Federacji Rosyjskich. Aresztowany pod fałszywymi zarzutami, zmarł w więzieniu. „Sprawę Magnitskiego” opisuje szczegółowo w swojej książce Podstęp Edward Lukas. Godzina 18, czyli spektakl poświęcony Magnitskiemu miał premierę 4 czerwca 2010 roku (tekst: Jelena Gremina; reżyserzy: Tałgat Batałow, Michaił Ugarow). Tytuł pochodzi z raportu patologa sądowego, który stwierdził, że agonia Sergieja Magnitskiego trwała „godzinę osiemnaście minut”.
  • 3. Jelena Staszyna i Aleksiej Kriworuczko, sędziowie orzekający w sprawie Magnitskiego. Staszina przedłużyła nielegalne przetrzymanie prawnika, oddalając jego skargę w listopadzie 2009 roku, kilka dni przed śmiercią; Kriworuczko odpowiedzialny jest za odmowę udzielenia przetrzymywanemu pomocy medycznej oraz oddalenie skargi na warunki aresztu.
  • 4. Ben Cardin, demokratyczny senator z Marylandu doprowadził do powstania „listy Magnitskiego”, na której znalazło się około sześćdziesięciu osób odpowiedzialnych za śmierć moskiewskiego prawnika. Zostali oni objęci sankcjami amerykańskimi.
  • 5. Oleg Silczenko prowadził dochodzenie, w którym oskarżono Siergieja Magnitskiego o opracowanie sposobu unikania płacenia podatków przez Fundusz Hermitage. Jak wynika z opublikowanych przez Hermitage dokumentów, Silczenko wielokrotnie odmawiał Magnitskiemu dostępu do pomocy medycznej oraz widzeń z rodziną.
  • 6. Demokracja.doc to interaktywny, improwizowany spektakl Georga Genoux, którego zadaniem jest wciągnięcie widowni do rozmowy o demokracji. Premiera odbyła się w kwietniu 2006 roku.
  • 7. Eduard Limonow, wybitny pisarz, dysydent, emigrant, po powrocie do Rosji w latach dziewięćdziesiątych założyciel Partii Narodowo-Bolszewickiej, w pierwszej dekadzie XXI wieku był jednym z najbardziej widocznych oponentów Putina. Inicjator silnie steatralizowanych spotkań, „imonowskie mitingi”, podczas których jego zwolennicy marzyli o nowej Rosji „w której prawa człowieka zostaną zastąpione przez prawo Narodu”. Od aneksji Krymu wspiera Putina.
  • 8. Między 4–16 września 1999 roku w Moskwie, ale też w Bujnaksku i Wołgodońsku wysadzono cztery bloki mieszkalne. Zginęło blisko 300 osób. O zamachy oskarżono czeczeńskich terrorystów, ale wiele wskazuje, że były dziełem rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która w ten sposób „włączyła się” w pierwszą kampanię prezydencką Władimira Putina. Nikomu wówczas nieznany i będący obiektem żartów premier Putin mógł się zaprezentować jako „mocny człowiek trzymający ster” i nieoczekiwanie zwyciężył w wyborach. Następstwem zamachów był także wybuch Drugiej Wojny Czeczeńskiej. Liczne dowody na sprawstwo FSB przedstawili w swej książce Wysadzić Rosję Aleksander Litwinienko i Jurij Felsztinski. „Tanią książeczką” opisującą zamachy jest np. sensacyjna Operacja Oxygen Aleksandra Prochorowa, wówczas radykalnego krytyka, dziś apologety, Putina.