2018-07-09
2018-07-09

Kevon Kemp

15 dolarów australijskich za godzinną wizytę Grotowskiego to osobliwy kolonialny błąd

Pierwodruk: „The National Times” 1974, z 15‒20 kwietnia.

Nawet osoby relatywnie wyrafinowane, stanowiące jeden procent populacji, które regularnie chodzą do teatru, często reagują zdziwieniem, kiedy aktorzy i reżyserzy ruszają nagle za dźwiękami fletni nowego „nauczyciela” z zagranicy.

Widzowie są radzi, że wykonawcy, którym płacą, pragną doskonalić swoje rzemiosło, ale mogą tylko zrobić krok w tył, zachowując dystans, gdy faktycznie doświadczają religijnej aury, jaką roztacza wokół siebie teatralny guru. Inną rzeczą, która zadziwia, jest grupa lokalnych wielbicieli i uczonych adeptów, których głos, styl ubioru i ruchy zdradzają uderzające podobieństwo do głosu, stylu i ruchów mistrza.

Nasze stulecie wydało trzech lub czterech wybitnych pedagogów sztuki aktorskiej. Pierwszym z nich był wielki Rosjanin działający na początku XX wieku ‒ Konstanty Stanisławski. Tradycja Stanisławskiego, niemal w pełni godna podziwu, odziedziczona w latach trzydziestych przez ulubionego ucznia mistrza, Michaiła Czechowa, służyła temu drugiemu przez wiele lat pracy dydaktycznej w Dartington Hall w Anglii, a także wybitnej australijskiej pedagożce aktorstwa Alice Crowther w Studiu Aktorskim na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Obok Czechowa w Nowym Jorku pojawiła się też szkodliwa postać Lee Strasberga, a we Francji i Anglii wspaniałe i delikatne podejście Francuza Michela Saint-Denisa.

Czechow, Crowther i Saint-Denis ustrzegli się większości negatywnych efektów guru za sprawą swoich osobowości i rygorowi pedagogicznych wyborów. Strasberg natomiast z lubością oddał się neurotycznym i negatywnym możliwościom roli guru i w rezultacie wywarł destrukcyjny wpływ na wielu studentów.

Australia miała wybitnego guru w osobie Hayesa Gordona, jednak na szczęście był to okaz sympatyczny, nowatorski i cierpiętniczy.

Obecnie w Sydney przebywa człowiek teatru z Polski1, który stał się czołowym guru naszych teatralnych czasów; mały, wykonujący przyjacielskie gesty Jerzy Grotowski. Pozostanie tu do końca maja.

Grotowski prowadzi w Polsce znany na świecie Instytut Badań Metody Aktorskiej – Teatr Laboratorium, który od czasu do czasu gra dla ograniczonej liczby widzów, w miejscach daleko odbiegających charakterem od typowych przestrzeni i sytuacji teatralnych. Pokaźna część badań Grotowskiego dotyczy obszarów psychologii interpersonalnej i socjologii ‒ w ich ramach podejmowana jest próba ponownego odkrycia tajników prymitywnego teatru religijnego i rytualistycznego. Trudno dostrzec, by teorie Grotowskiego wnosiły wiele do łącznego wkładu Stanisławskiego, Czechowa i Saint-Denisa, ale z drugiej strony pożądane jest, żeby uznany pedagog kontynuował pracę mistrzów.

Godny uwagi przykład

Zespół teatralny Grotowskiego, z którym przyjechał do Australii, jest godnym uwagi przykładem strategii guru. Budynek do prezentacji wybrano, kierując się rygorystycznymi kryteriami, a dobór odpowiednich miejsc na długie warsztaty Grotowskiego był jeszcze trudniejszy.

Podczas prezentacji dzieła (Apocalypsis cum figuris) widownię ograniczono do około stu osób, siedzących na podłodze. Przygotowania do spektaklu odbywają się w ciszy, w atmosferze pełnej czci i szacunku. Obejmują między innymi wręczenie programu i cichą prośbę o przejście do pokrytej płótnem przestrzeni i zapoznanie się z programem przed rozpoczęciem ‒ nie, słowo „spektaklu” (show) byłoby tu wielce niestosowne ‒ dzieła.

Nie bez kozery programy rozdawane przy wejściu zbierane są ponownie przy wyjściu. Widzowie wchodzą do sali w ośmio- lub dziesięcioosobowych grupach, a następnie odbywa się staranny rytuał usadzania. To prawdopodobnie najlepsza część wieczoru, życzliwość i troska o nasze miejsce wprowadzają ciepłą atmosferę.

Akolitom nie brak też manier ‒ moje ewidentnie nieelastyczne ciało mogło stanąć przy ścianie. Cała ludzka strona przygotowań zostaje następnie osadzona w szerszym kontekście jakości pracy zespołu. Sprawdzianem pedagoga jest jakość pracy jego ucznia.

Okazało się, że Apocalypsis cum figuris to rzecz zagrana wyjątkowo osobiście. Wszystkie najważniejsze treningi aktorskie zawierają techniki improwizacji, odwołujące się do możliwości ruchowych poszczególnych aktorów i werbalnej reakcji na spontaniczny pomysł. (Przykładowo: grupa aktorów może otrzymać zadanie rozwinięcia przez piętnaście minut spójnego działania w oparciu o trzy słowa: „anioł”, „sznurówka” i „motyl”, w którym warstwa słowna będzie osnuta wokół wymienionych rzeczowników.)

Na bardziej strukturalnym poziomie polski zespół wykorzystuje w swoim dziele fragmenty Biblii w powiązaniu z innymi cytatami z literatury, m.in. z T. S. Eliota.

Opierając się na swoim studyjnym doświadczeniu każdy nauczyciel rzemiosła aktorskiego wie, że improwizacje, choć czasem bywają cudami przemijającej mocy i piękna, zasadniczo należą do procesu treningu aktorskiego; prywatnego, osobistego, istotnego tylko dla studentów aktorstwa.

Udawanie, że tego typu prywatne devoirs mogą stać się okazją do publicznej ekscytacji czy objawieniem w ostatecznym rozrachunku uwłacza sztuce. De facto zespół pana Grotowskiego nie jest ani szczególnie utalentowany, ani odkrywczy.

Kierując się bezwstydnym nacjonalistycznym myśleniem, wydaje mi się, że wydanie 90.000 dolarów australijskich (AUD) na sprowadzenie polskiego zespołu to pomysł chybiony, szczególnie, gdy inne grupy doświadczone i niezwykłe, jak choćby nasz własny Performance Syndicate pana Rexa Cramphorne’a nie mogą liczyć nawet na jednego dolara wsparcia.

Nie tak dawno zespół kierowany przez Cramphorne’a, której zainteresowania w znacznej mierze pokrywają się z zainteresowaniami Grotowskiego (a także Stanisławskiego/Czechowa), dała mieszkańcom Sydney szansę uczestnictwa w doniosłym wydarzeniu teatralnym w ramach sezonu Nimrod Theatre, prezentując adaptację bajki Andersena Córka króla moczarów. Uważam, że sytuacja, w której łoży się duże kwoty na pretensjonalność z zagranicy, skąpiąc środków niezwykle utalentowanym miejscowym artystom, świadczy o tym, że przekroczono pewną granicę.

Być może świat ma rację, twierdząc, że Jerzy Grotowski to niezrównany talent dydaktyczny; nie mam możliwości weryfikacji tego osądu. Jednak na podstawie spektaklu, czyli przykładu teorii w praktyce ‒ szczególnie w cenie 15 AUD (dla widzów niebędących studentami) za godzinę gry ‒ wizyty zespołu nie można ocenić inaczej niż jako osobliwy kolonialny błąd popełniony przez nasze organy administracyjne odpowiedzialne za kulturę.

Z języka angielskiego przełożył Mirosław Rusek