2016-10-03
2017-03-26

Jerzy Zagórski

Między heroizmem a zuchwałością

Pierwodruk: „Kurier Polski” 1960 nr 84, z 8 kwietnia, s. 4.

Im kto starszy, tym więcej może spamiętać. Stąd bardzo częste zaskoczenie, gdy w swoim mniemaniu najbardziej „współcześni” i „nowocześni” młodzieńcy, czy to w poezji, czy w teatrze, imponując rówieśnikom jako „odkrywcy”, muszą od starszych wysłuchiwać opinii, że nie odbiegają wcale od tego wszystkiego, co ich pamięć zachowała w zakresie prób poetyckich i scenicznych sprzed lat czterdziestych.

Dlatego bardzo łatwo jakiemuś seniorowi, gdy pójdzie na przedstawienie Teatru 13 Rzędów z Opola, który przyjechał do Warszawy na gościnne występy w sali STS [Studenckiego Teatru Satyryków], skrzywić się pogardliwie i powiedzieć, że to wszystko, co wymyślił w zakresie inscenizacji teatralnej Jerzy Grotowski, a pomógł mu uzasadnić Ludwik Flaszen, już przed laty pokazywano w krakowskim Cricot, a jeszcze dawniej u Meyerholda w Rosji.

Rzeczywiście – nic nowego pod słońcem, ale również i świat się toczy, i jakoś tam idzie naprzód.

Jest różnica między fermentem artystycznym, zapoczątkowanym jeszcze przed I wojną światową, a dzisiejszą silną opozycją przeciw naturalizmowi w teatrze, do czego dorzuca głosy Teatr 13 Rzędów z Opola.

Gdzie i kiedy powstały koncepcje teatralne Meyerholda i podobnych jemu eksperymentatorów w innych wielkich stolicach tej części świata, która przed I niszczycielską wojną stała u szczytu wyrafinowania i przerafinowania kulturalnego, będąc w pełni bogactwa i spijając żywotne soki całego globu? Można sobie tylko wyobrazić, jakie możliwości stały wówczas przed artystami.

Przyszły straszne wojny, zburzyły bogactwo tej części świata, choć szeroko rozkołysały tęsknoty do lepszego i piękniejszego życia. I oto w pół wieku po tych przesyconych wybrańcach z wielkich metropolii, niedosyceni zarówno w sensie najtrywialniejszym, jak najbardziej wzniosłym, artyści niewielkiego wojewódzkiego miasta kontynuują a ściślej rozszerzają walkę z naturalizmem, który zawsze był dla sztuki rzeczą grząską. A dzieje się to w kraju ubogim, najbardziej zniszczonym i borykającym się z odbudową nie tylko materialną, oj nie tylko...

Jeżeli tak spojrzymy na 13-rzędowców, wtedy może zdobędziemy się na więcej sprzyjania tej grupce artystów, mimo że niestety ich osiągnięcia kłonią się trochę ku techniczno-aktorskiej amatorszczyźnie.

Przyjazd ich do Warszawy kazał nam pomyśleć o całym heroizmie ludzi, którzy w niewielkim choć sławetnym mieście, porywają się na interpretację Byrona, Szekspira i Ajschylosa w sposób żądający wysiłku umysłowego nie tylko od aktora, lecz także od widza. Jeżeli jednak chce się dać dobrą radę, to dotyczy ona udoskonalenia warsztatu aktorskiego.

Fioritury wykonawcze, jakich domagają się inscenizatorzy, wymagają większego oparcia w możliwościach. Dlatego, o ile Rena Mirecka w Orfeuszu Cocteau jako śmierć, doskonale związała swoje działania sceniczne z podkładem tańca, o tyle w tymże przedstawieniu Adam Kurzyna jako Orfeusz mógł tylko irytować swoją dykcją.

Heroizm polega na stawianiu sobie zadań trudnych. Za zuchwalstwo płaci się kiksem. Teatr 13 Rzędów oscyluje między tymi dwu biegunami. Popisał się przed Warszawą dwoma przedstawieniami. Orfeusz Cocteau bardziej mi się spodobał. Może zaważyła owa harmonia między stylem interpretacyjnym, skrajnie antynaturalistycznym, jakie reprezentują, względnie kontynuują opolanie, a wyobraźnią pisarza francuskiego, jednego z nestorów tych walk. Może zadanie było bardziej wykonalne, może scenografia Jeleńskiego mniej pretensjonalna, a może scena z przesłuchaniem Heurtebisa (grał go Zygmunt Molik) bardziej dla nas żywa?

Kain Byrona miał więcej zgrzytów. Irytującej oprawie klasycznej w stylu spospolitowanym dostatecznie przez „Przekrój”, towarzyszyły nieoczekiwane zagrywki kupletowe w duchu bawarskiego kabaretu.

Na pewno Cocteau i 13-rzędowcy czerpią z pokrewnych pokładów wyobraźni.

Czy jednak genialny, choć kulawy lord, a jednocześnie bardzo retoryczny romantyk, jakim był Byron, da się przedstawić w ramach aż tak przekrojowych i wiwisekcyjnych, choć jego tekst od czasu do czasu brzmi zdumiewająco aktualnością?

Mimo tych zastrzeżeń trzeba sobie tylko życzyć, aby:

1) każde nasze wojewódzkie miasto miało równie ambitną scenkę,
2) nasze trzy główne środowiska teatralne (Warszawa, Kraków i Łódź) nie dawały się zdystansować prowincji,
3) takim teatrom i teatrzykom dane były warunki doskonalenia się techniczno-aktorskiego, pozwalającego zamiary wcielać w czyny mniej sporne.

Przepisała Patrycja Kwiecień

Jerzy Zagórski (ur. 26 grudnia 1907, Kijów; zm. 5 sierpnia 1984, Warszawa)
poeta, recenzent literacki i teatralny, dziennikarz sądowy, współpracownik Polskiego Radia. Pisał dla „Kuriera Polskiego”, „Dziennika Literackiego” i „Tygodnika Powszechnego”, był członkiem redakcji miesięcznika „Kultura Jutra”. W latach 1946–1947 pełnił funkcję wiceprezesa Związku Zawodowego Literatów Polskich, w latach 1950–1956 przewodniczył Sekcji Poetyckiej Oddziału Związku Krakowskiego, a w 1971 roku został prezesem Polskiego PEN Clubu. Był kierownikiem literackim Teatru im. Juliusza Słowackiego (1949–1950, 1952–1953), Państwowego Teatru w Bielsku (1950–1951, 1956–1958) i Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (1954–1956). Był współzałożycielem Polskiego Ośrodka Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) oraz członkiem Stowarzyszenia Kultury Europejskiej1.

  • 1. [Za:] Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik biobibliograficzny, zespół pod redakcją Jadwigi Czachowskiej, Alicji Szałagan, t. 9, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 2004, s. 449–450.